Z serii po nitce do kłębka… – WYWIAD Z DOROTĄ SEKITĄ – Rzepichą – kobietą, która tworzy piękną biżuterię i niepowtarzalne swetry, żyjąc w sąsiedztwie wiewiórek :)


DZIERGANIE, PO NITCE DO KŁĘBKA..., SLOWLIFE, WEŁNOHOLICY, WOOLMASTERKI, WYWIADY, ZWOOLNIJ / niedziela, Grudzień 2nd, 2018

Dorota razem z rodziną uciekła od zgiełku na wieś, gdzie tworzy z drewna, kamieni i włóczek, a inspirację czerpie z baśniowego otoczenia 🙂 Właścicielka Majdana, Tobiego i Fibi, sąsiadka rodziny wiewiórek… Tworzy, biżuterię, zabawki i swetry. Zamiast telewizora ma akwarium, a zamiast słuchać radia, gra na bębnach i gitarze… Mądra i utalentowana…

Opowiedziała mi swoją cudowną historię i choć jest długa, to nie zamierzam uszczknąć z niej ani kawałka, bo czyta się cudownie i na pewno wciągnie Was tak  jak mnie 🙂

Poznaj Dorotę…

– Cześć Dorota 🙂 fajnie, że zgodziłaś się pogadać 🙂 Masz już spore grono fanek na FB, ale dla tych, które jeszcze Cię nie znają proszę przedstaw się krótko, napisz czym się zajmujesz, kim jesteś…

– Dorota Sekita, lat 41 ale tak naprawdę tylko z wyglądu, bo w środku wciąż dziecko. W jakiś cudowny sposób udało mi się je w sobie zachować 😉 Często odpływam w świat wyobraźni i ciężko do mnie dotrzeć… Lubię biegać boso po zroszonej łące, zanurzać stopy w ciepłej rzece, rozmawiać z drzewami, zwierzętami, często gadam też sama do siebie jakby było mnie dwie 😉 Zdecydowałam się razem z rodziną spędzić życie na wsi, otoczona ukochanymi czworonogami  i drzewami…

– Brzmi cudownie 🙂 Sama tęsknię za takim życiem, marzę o spokoju, czystym powietrzu, przyrodzie w około… mam nadzieję, że wszystko przede mną 🙂 A powiedz, co Ciebie zaciągnęło na wieś, do lasu?

– Bory Tucholskie to zupełny przypadek. Kiedy mieszkaliśmy w UK udało nam się odłożyć trochę gotówki i kiedy myśl o powrocie stawała się coraz wyraźniejsza, postanowiliśmy kupić dom. Chcieliśmy, by dom był z drewna (niekoniecznie stary), a wokół nie było zgiełku… Marzyliśmy o górach, ale byłoby trochę za daleko od rodziny (ja wychowałam się na Mierzei Wiślanej, Adam na Mazurach, a połączył nas Toruń) Oboje nie chcieliśmy wracać w rodzinne strony… Klimat morski nie bardzo sprzyjał mojemu zdrowiu a Mazury, choć piękne, jakoś nas nie „wołały”…

Szukaliśmy więc miejsca na Kaszubach, ale okazało się, że nie stać nas na zakup domu w tamtych okolicach… W związku z tym, że nie mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by przyjeżdżać do Polski i rozglądać się za odpowiednim miejscem, zadanie to powierzyliśmy moim rodzicom… Szukali, szukali i znaleźli drewniany dom w surowym stanie… w Borach Tucholskich. Wysłali nam zdjęcia, znaleźliśmy miejsce na google earth… Myśleliśmy…

Chcieliśmy spokoju, niewielu sąsiadów, dużego podwórka dla naszego kochanego kudłatego rudzielca – borderka, którego przygarnęliśmy w Anglii… a to miejsce wydawało się idealne… A kiedy mama powiedziała mi, że w pobliskim lesie swój dom mają wiewiórki, nie było mowy, żebyśmy odmówili sobie takiego sąsiedztwa 🙂

W rezultacie dom kupiliśmy bez oglądania go na własne oczy… Przyjechałam do Polski, by podpisać umowę kupna i wtedy dopiero go zobaczyłam… Dom był w stanie surowym, otoczony wysokimi sosnami, pod stopami jedynie biały piach… ale nieopodal cudowne łąki, kanał, pachnący ściółką las… coś w tym miejscu mnie urzekło…

Dom kończył Adam i mój zdolny tato… ja tylko mówiłam, jak chciałabym, żeby wyglądał w środku… W ten sposób własnymi rękami umościliśmy sobie nasze gniazdko i tworzymy w nim historię… W międzyczasie urodził się nasz Emanuel, przygarnęliśmy ze schroniska ogromnego, ciapowatego Majdana, by naszemu rudemu Tobiemu nie było smutno, a dwa lata temu dołączyła do nich trzecia kudłata istota – Fibi…

– To odważne decyzje… Przeprowadzka na wieś, dom, którego nie widzieliście „na żywo”… A mieliście konkretny plan, z czego będziecie się utrzymywać?

– Muszę przyznać, że początki po powrocie były bardzo trudne. Próbowaliśmy wielu zajęć, by móc utrzymać dom i godnie żyć… Mnóstwo niepowodzeń powodowało, że zaczęliśmy myśleć o powrocie do UK… tam było łatwiej żyć… Ale udało nam się przetrwać, dzięki rodzinie i ludziom nam przychylnym…

– A sąsiedztwo przyjęło Was „z otwartymi ramionami”?

– Wiem, że część tubylców uważa mnie za dziwadło –  wegetarianka o dziwnych poglądach – dziwna baba z dredami, która rozmawia na podwórku z psami, która często mamrocze coś do siebie pod nosem, tłucze i hałasuje w garażu – cóż chyba sama zaczęłabym podejrzewać, że coś jest z nią nie tak… 😉
Ale jest też tu wiele osób, które bardzo miło przyjmują tę moją inność i wspierają mnie, jakbym była tu czegoś dopełnieniem 🙂

– A Ty odnalazłaś się w tym miejscu?

– Ja znalazłam pewną misję, by przy okazji tego, co wychodzi spod moich rąk, pokazać też tą piękną okolicę… i choć nie widać tu pięknych szczytów gór, nie słychać morza, a teren jest dość płaski, to miejsce to jest pełne życia, pełne dzikich zwierząt, czystego powietrza, można tu oddychać pełną piersią… a kiedy nadchodzi śnieżna zima, nie ma piękniejszych lasów niż bory… Ośnieżone iglaki jak z rosyjskiej baśni…

– Rzeczywiście brzmi baśniowo…

– Smutno mi tylko, kiedy widzę, że część mieszkańców nie dba o okolicę i zostawia mnóstwo śmieci. Ciężkie jest dla mnie lato, kiedy zaczyna się „ruch kajakowy”, ciężka jest jesień, gdy nadchodzi czas grzybobrania, bo wtedy las tonie w plastikowych butelkach i workach… A mam wrażenie, że samorządowcy mają to w nosie ;(

Sama staram się zbierać śmieci i mam taką cichą nadzieję, że pokazując okolicę na zdjęciach przekonam innych, jak ważne jest to, by o to piękno dbać…

– No tak 🙁 z przyrodą jest tak jak ze zdrowiem, dopóki jej nie stracimy, nie docenimy jej wagi… Ja mieszkam w górach i choć daleko mi do miłośniczki wysokogórskich wycieczek, to tęsknię za spokojem i naturalną przyrodą. Tak blisko, a tak daleko… W sezonie turystycznym miasto wypełnia smog, korki uliczne i te na szlakach, śmieci w Tatrzańskim Parku Narodowym, wszędzie kolejki… Obraz daleki od wizji wysokogórskiego azylu… I też ubolewam nad tym, bo Tatry są piękne, cieszą oko i serce, ale wymagają „opieki” 🙂 – jak każdy kawałek przyrody w dzisiejszych czasach… Ja niejednokrotnie mam ochotę uciekać w odosobnienie…

No dobra, a teraz zadam Ci kilka pytań z mojego „zestawu” 🙂

– Powiedz, za co cenisz innych ludzi?

– Cenię ludzi prawdziwych, szczerych, tych, którzy myślą twórczo i wystrzegają się schematów, którzy próbują znaleźć rozwiązanie. Cenię tych, którzy nie udają kogoś innego i potrafią myśleć samodzielnie nie dając się zmanipulować większości, cenię tych, którzy mają swoje zdanie, nie zawsze poparte naukowymi dowodami, czy wyciągniętymi mądrościami z modnych książek. Szanuję tych, którzy szanują swoje otoczenie – ludzi, zwierzęta, planetę i którzy walczą o to, co rzeczywiście jest ważne… Cenię ludzi wrażliwych…

 


– A możesz powiedzieć, że spełniasz się w życiu?

– Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach spełnienie równa się sukcesowi. Wciąż widzę jak jakaś umalowana, wystrojona, uśmiechnięta Pani próbuje mnie przekonać, że kobieta powinna być silna, dążyć do swego celu i w ostateczności osiągnąć sukces. Po co? By udowodnić, że jest coś warta? Ja czuję swoją wartość, jako człowiek, nawet, jeśli inni tej wartości nie dostrzegają – takich ludzi omijam z daleka. Nie potrzebuję nikomu udowadniać, że jestem silna, że potrafię wiele. Odrzuciłam to wszystko już dawno temu. Poza tym nie wiem, czy chcę być spełniona, bo gdybym była spełniona byłabym skończona… Takie niespełnienie sprzyja pracy twórczej 😉

🙂 To ciekawa teoria 🙂 coś w tym jest… Wydaje mi się, że dla mnie celem jest spełniać się…, nie spełnić 🙂 A dążyć do tego można w różny sposób i to właśnie jest piękne… i sukces może mieć różne oblicza, dla jednego sukcesem będzie pokaźna suma na koncie, dla innego rumiany pomidor na grządce… 

A jeśli chodzi o wizerunek kobiety sukcesu, który serwują nam media, to rzeczywiście czasami może wpędzić w depresję zamiast motywować. Ja osobiście cały czas walczę z oczekiwaniami wobec siebie, więc podziwiam Cię, że osiągnęłaś swój spokój wewnętrzny 🙂

Powiedz, jakie są 3 rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia?

– Tylko trzy? Hmmm… Bez ciepła otaczających mnie życzliwych ludzi, bez zwierząt i bez pachnącej, ciepłej nie zepsutej przez człowieka ziemi, po której mamy zaszczyt co dzień stąpać…

– 🙂

– A jak zaczęła się Twoja przygoda z wełną? Z dzierganiem? Opowiedz o tym, co tworzysz, bo robisz też piękną biżuterię…

– Dzierganiem zajmuję się od ponad trzydziestu lat. Zaraziła mnie tym babcia, która jako jedyna miała zawsze dla mnie czas i…nieskończone pokłady cierpliwości, by tłumaczyć, tłumaczyć i tłumaczyć… Byłam straasznie upartym dzieckiem, które zawsze chciało robić wszystko po swojemu (niewiele się tu zmieniło 😉 ), więc tym bardziej należy się jej ogromny szacunek 🙂

Zaczęłam oczywiście od małych robótek na drutach. Najpierw były szaliki i małe misiowe sweterki, potem, jeszcze pod nadzorem babci, próbowałam dziergać sweterki dla siebie a potem, kiedy czułam się już na tyle silna 🙂 robiłam swetry dla koleżanek i rodziny… Szczerze mówiąc nigdy nie wierzyłam, że moje swetry mogłyby się komuś podobać na tyle, by chciał je kupić, więc ograniczałam się jedynie do znajomych i nigdzie raczej nie pokazywałam swoich prac.

Po skończeniu studiów (filozofii) przez chwilę pracowałam jako instruktor artystyczny w domu kultury, ale nie do końca podobała mi się praca dla instytucji tak bardzo uzależnionej od PARTII politycznych… W końcu postanowiłam wraz z Adamem – przyszłym mężem, wyemigrować do Wielkiej Brytanii… Nie do końca chyba „za chlebem”, potrzebowaliśmy jakiejś zmiany… Czegoś nam brakowało…

W UK raczej nie miałam wiele czasu na dzierganie. Pracując w laboratorium kosmetycznym skupiłam się raczej na karierze laboranta – jeździłam na wykłady, spotkania biznesowe i konferencje myśląc, że to jest TO, co chcę w życiu robić… Podjęłam kurs aromaterapii i chińskiej medycyny niekonwencjonalnej na Regents College w Londynie z myślą o wykorzystywaniu olejków eterycznych w tworzeniu kosmetyków a przy okazji nauczyłam się masażu 😉

Jednak to nie było TO… Nie twierdzę, że praca w laboratorium, czy kurs aromaterapii były stratą czasu… Wiedzę, którą zdobyłam wykorzystuję do dziś tworząc własne mieszanki eteryczne, czy kremy, ale robię to tylko dla siebie i swojej bliskiej rodziny…

W końcu nadszedł czas, kiedy zdecydowaliśmy się na powrót do Polski. Kupiliśmy dom w pięknych borach i zaczęliśmy układać sobie jakoś życie. W międzyczasie urodził się nasz syn, więc musiałam zająć się raczej domem i wychowywaniem dziecka ale narodziny Emanuela zachęciły mnie to tego, by znów sięgnąć po szydełko i druty.

W wolnych chwilach zajęłam się szydełkowaniem zabawek i dzierganiem sweterków dla maleństwa i doszłam do wniosku, że nawet nieźle mi to wychodzi:) ale to nie był jeszcze ten moment, by na poważnie zająć się robótkami.

Kiedy Emanuel dorósł na tyle, by maszerować dzielnie do przedszkola, podjęłam pracę jako terapeuta, ale z różnych przyczyn, o których nie warto tu wspominać, zrezygnowałam z tej pracy…

… i właśnie wtedy postanowiłam, że zajmę się tym, co potrafię robić najlepiej, tym, co kocham robić – TWORZENIEM… Moje tworzenie nie ograniczyło się jednak do samego szydełkowania i dziergania. Wspierana przez najbliższych, sięgnęłam po wyrzynarkę (którą kupił mi tato) i zajęłam się również dłubaniem w drewnie. Powstawać zaczęły anioły, koty i inne ozdoby z drewna… potem biżuteria… zaczęłam też szyć z filcu… Wszystkiego uczyłam się sama od podstaw… Nie korzystałam z poradników, mam do nich zbyt mało cierpliwości… Wolę coś zepsuć i w ten sposób się uczyć – na błędach… 🙂

Tak też robię ze swetrami. Kiedy widzę włóczkę, to wiem, co z niej może powstać… Bardzo rzadko korzystam ze schematów, nigdy nie rysuję własnych i nawet nie wiem, czy udałoby mi się takowy schemat stworzyć. Schemat powstaje w mojej głowie w momencie, gdy sięgam po włóczkę – włóczkę, której często nie można kupić ot tak – włóczkę „wygrzebaną” w czeluściach internetu… Dlatego niektóre moje swetry są rzeczywiście niepowtarzalne, ba… ja sama nie jestem w stanie ich „powtórzyć”…

Tak samo jest z zabawkami. Charakter i wygląd zabawki zależy w dużej mierze od mojego samopoczucia w chwili gdy ją tworzę 🙂

– To wszystko składa się na efekt Twoich prac – są niesamowite… zarówno biżuteria jak i wszystko, co dziergasz 🙂 A skąd czerpiesz inspiracje?

– Nie potrafię określić, jak rodzą się projekty. Choć od dzieciństwa doskwiera mi krótkowzroczność 😉 to widzę i czuję mnóstwo rzeczy wokół… Czasami przypadkowo, kątem oka jakieś obrazy zapisują się w mojej głowie, a kiedy przychodzi na to czas, wychodzą z wewnątrz mnie – ze środka. Dzieje się tak, kiedy nagle w ręce wpadnie mi włóczka, kawałek drewna wydrążonego przez korniki, cudownie ubarwiony jesienny liść, czy dziwacznie pokręcona sucha gałązka…

Mogę powiedzieć, że wszystko, co powstaje w mojej głowie inspirowane jest tym, co mnie otacza. Choć przyznać muszę, że na początku było mi ciężko zaakceptować tu i teraz, to dziś nie mogłabym bez tego tu i teraz żyć. Bez naszego domu, kochanych psiaków, lasu  rzeki, wesołych wiewiórek, czy zaprzyjaźnionych łabędzi… bez śpiewu żurawi… bez skrzeczących czapli…

Udało mi się w dużej mierze odciąć od hałasu i wyciszyć… Od dwudziestu lat żyjemy bez telewizora, a od kilku nie włączamy nawet radia. Spotykamy się z dobrymi ludźmi, omijamy tych niezbyt nam przychylnych…

No a w wolnych chwilach sięgam po bęben (djembe) lub gitarę – kolejne hobby, do których lubię wracać i często wracam 🙂

Od kilku lat czuję, że to co robię ma sens… tego uczucia nie mogłam w sobie odnaleźć bardzo długo… Cieszy mnie, że jest dziś już dość spore grono osób, które doceniają moją pracę, wierzą we mnie i wspierają dobrym słowem. Dzięki temu mam ochotę dalej to robić…

– Mam wrażenie, że grono Twoich „fanów” jeszcze urośnie 🙂 Ja już dołączyłam 🙂

A powiedz, dlaczego nie macie telewizora?

Z telewizora zrezygnowaliśmy będąc na studiach… Szum, który zagłuszał myśli nie był nam do niczego potrzebny… Ludzie tracą mnóstwo czasu i energii, by chłonąć masę niepotrzebnych informacji – informacji, które wywołują negatywne emocje, strach, smutek… Zdecydowaliśmy się z tego zrezygnować… Kilka lat temu schowaliśmy też do pudła radio i do tej pory go stamtąd nie wyciągnęliśmy…

Zamiast telewizora mamy akwarium, zamiast radia bębny i gitarę, po które od czasu do czasu sięgam, by naładować się innego rodzaju energią 😉 Jeśli potrzebujemy informacji sięgamy do internetu, ale wybieramy tylko te, które są nam potrzebne, ignorujemy te zupełnie nam nieprzydatne…

– Brzmi to jak spokój i wolność 🙂

A wracając do dziergania, czy uważasz, że jest możliwe utrzymywanie się z takiej pasji?

– Nie sądzę, by w moim przypadku utrzymywanie się z samego dziergania było możliwe, choć nie zaprzeczam, by było to w ogóle niemożliwe 🙂 Czas, jakiego potrzebuję na wykonanie swetra, czy szydełkowej zabawki to średnio dwa tygodnie… Gdybym chciała utrzymać się jedynie z tego zajęcia moje twory musiałyby kosztować krocie… Prowadząc firmę trzeba liczyć się z dość wysokim podatkiem i opłatami ZUS… Co prawda prowadzimy małą firmę, ale dzierganie to tylko dodatkowe w niej zajęcie.

– Ok, a powiedz coś więcej na temat włóczek z jakich dziergasz, lubisz wełnę?

– Uwielbiam surowe włókna. Wełna owcza lub alpaka, len, konopie, bawełna… Od dłuższego czasu próbuję przekonać innych do ich zdrowotnych właściwości, jednak z marnym skutkiem, no bo kto chce nosić „gryzący” seterek… Dlatego często sięgam po miękkie mieszanki wełny z akrylem, te cudownie barwione.

– A masz jakieś „autorytety” w dziedzinie dziergania? Wzory do naśladowania?

– Jedynym autorytetem była moja babcia, bardzo zdolna kobieta, która sama wymyślała setki projektów i wzorów… I miałam to szczęście, że była właśnie moją babcią :), ale wiem, że nigdy jej nie dorównam… W tym wypadku uczeń nie przerośnie mistrza 🙂

– Czy dzierganie zmieniło coś w Twoim życiu?

– Dzierganie nauczyło mnie wytrwałości. Zdobyłam dzięki niemu więcej pewności siebie, której tak bardzo mi brakowało… Poza tym to chyba jedyne zajęcie, przy którym mogę naprawdę uspokoić swoje myśli. Może trudno w to uwierzyć ale z natury jestem cholerykiem, a praca twórcza pozwala mi ujarzmiać ten nieokiełznany charakter 😉

– Gdyby wszystko było możliwe, to jaki wynalazek ułatwiłby Ci życie?

– Zegar z małym pstryczkiem, który potrafiłby na parę chwil zatrzymać czas 😉

– Gdybyś mogła spędzić jeden wymarzony dzień, bez żadnych ograniczeń, jakby wyglądał?

– Chciałabym na jeden dzień stać się ptakiem… Zawsze marzyłam o skrzydłach…

🙂
Gdybyś mogła zmienić 3 rzeczy na tym świecie, to co by to było?

– Ja go zmieniam… Zaczęłam od siebie… Może się uda 😉

– Gdybyś mogła odbyć spotkanie z kimś zupełnie niedostępnym, wymarzonym, bez żadnych ograniczeń, kto by to był? I o co byś go/ją zapytała?

– Chętnie spędziłabym ten dzień z Leonardo da Vinci, nie pogardziłabym też spotkaniem z Salvadore Dali… Nie miałabym na pewno śmiałości zapytać o cokolwiek, ale chętnie poobserwowałabym ich przy pracy 🙂

 

– Co było najbardziej szaloną rzeczą jaką do tej pory zrobiłaś w życiu?

– Chyba nie ma takiej rzeczy… pewnie nie jestem dość szalona 😉

– Jaki dzień z dzieciństwa pamiętasz najlepiej?

– Hmmm, dzień, w którym wraz z rodzicami wybraliśmy się na małą wycieczkę do Gdańska. Chwile grozy, jakie przeżyłam na starówce…Tak mocno wpatrywałam się w sylwetkę Neptuna (nie pamiętam, czy do mnie przemówił ;)), ale zrobił na mnie tak wielkie  wrażenie, że nie zauważyłam jak rodzice się oddalają… Oczywiście cały czas mieli mnie na oku, ale ja przestraszyłam się okrutnie, że zostałam sama. Do tej pory, kiedy jestem w Gdańsku w pobliżu fontanny, to nie mogę od niej oderwać wzroku…

Jaka jest największa mądrość, którą podzieliłabyś się z innymi?

– Przebywaj z dobrymi ludźmi, omijaj tych złych – mądrość, którą usłyszałam od zwykłego, przypadkiem napotkanego człowieka… nawet nie wiem, jak miał na imię…

– Czy zdradzisz mi jakiś sekret? 😉

– A czy ja mam jakiś sekret? Och tak, mam… ale zdradzić go nie mogę 🙂

– Gdzie można Cię znaleźć w sieci i w realu i gdzie można kupić Twoje prace?

– Ciężko do mnie dotrzeć w realu, ale można mnie odnaleźć na fb TUTAJ Pracuję też nad własnym sklepem internetowym, bo zmęczyła mnie już współpraca z galeriami internetowymi zajmującymi się sprzedażą rękodzieła. Wciąż rosnące prowizje, dodatkowe opłaty, dziwne wymagania dotyczące zdjęć, opisów, a w zamian jedynie udostępnienie portalu… Zrozumiałam, że nie potrafię współpracować na takich zasadach. Jedyny sklep, jaki teraz prowadzę to ten na Etsy, do którego przekierowanie można znaleźć na facebook’owej stronie Rzepichy.

Zakładając butik na Etsy, myślałam o tym, żeby wyjść ze sprzedażą poza granice Polski, ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że chyba wolę zostać TU.
Marny ze mnie marketingowiec i nie mogę obiecać, że zaangażuję się w prowadzenie własnego sklepu całą sobą, ale przynajmniej ci, którzy będą mieli ochotę zakupić moje „twory” będą mogli to zrobić bezpośrednio u mnie, w rozsądnej cenie, bez ukrytych kosztów… Teraz i tak większość zamówień przyjmuję przez fanpage’a, ludzie jakoś nie garną się do kupowania w butiku na Etsy.

– Myślę, że tu na miejscu znajdzie się całkiem niezłe grono zainteresowanych twoimi pracami osób 🙂 i mam nadzieję, że pochwalisz się, kiedy Twój sklep będzie już dostępny 🙂 Póki co, będziemy odwiedzać Cię na FB 🙂

https://www.facebook.com/rzepichapasjadorka/

– Dziękuję Ci bardzo, jesteś cudownie inspirującą osobą i bardzo mi miło, że pokazałaś nam zza kulis odrobinę swojego twórczego życia 🙂

– Dziękuję 🙂

Jeśli podobał ci się wywiad z Dorotą, napisz w komentarzu 🙂

Mam nadzieję, że ogólnie podobają Wam się wywiady z dziewczynami i że chcecie więcej 🙂

Ja chcę 🙂

Jestem pod wrażeniem każdej z nich i mam nadzieję, że seria będzie się rozwijać 🙂

A jeśli jeszcze nie czytałaś poprzednich wywiadów z dziewczynami, to zapraszam TUTAJ lub bezpośrednio:

Iwona, Karolina, Iza

One Reply to “Z serii po nitce do kłębka… – WYWIAD Z DOROTĄ SEKITĄ – Rzepichą – kobietą, która tworzy piękną biżuterię i niepowtarzalne swetry, żyjąc w sąsiedztwie wiewiórek :)”

  1. Bardzo podobają mi się Twoje wywiady. Do Doroty zaglądam po inspiracje i nawet zrobiłam już Kołowiec trochę podglądając.Nie są może tak fajne ale dla mnie i rodziny trzy wyszły z pod moich drutów. Dziękuję i pozdrawiam. Chętnie tu zaglądam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *