Z serii po nitce do kłębka… – WYWIAD Z DOROTĄ BUČAR – wszechstronną artystką z dziedziny włókiennictwa, specjalistką od roślin motylkowych, twórczynią manufaktury przędzy BERENICE, mamą – przyjaciółką i spełnioną kobietą…


PO NITCE DO KŁĘBKA..., SLOWLIFE, WEŁNA, WEŁNOHOLICY, WOOLMASTERKI, WYWIADY / czwartek, 19 grudnia, 2019

O Dorocie powiedziałabym najprościej Fiber Artist, ale po polsku jakoś brakuje mi odpowiedniej frazy 🙂 Bez wątpienia, ta kobieta robi z włóczkami, włóknami, przędzami, cuda 🙂 Pięknie przędzie, farbuje, tka… Wszystko z naturalnych włókien, głównie wełny…
Ponadto to skromna, mądra i pogodna kobieta, która samodzielnie idzie przez życie z uśmiechem na twarzy…

Poznaj Dorotę…

Cześć Dorota, bardzo się cieszę, że zgodziłaś się na wywiad 🙂 Nie tylko ja, ale i spore grono czytelniczek, z przyjemnością, zajrzy do twojego magicznego świata, o ile uchylisz nam rąbka tajemnicy 🙂 Opowiedz trochę o sobie… Kim jest Dorota?

Kim jestem? Kobietą! Wolną i szczęśliwą.  Na ostatnim kółku przed pięćdziesiątką. Mamą, dorosłego już syna, z którym mam wspaniały kontakt. Kocham życie, świat, który mnie otacza i codziennie zadziwia, piękne sukienki, ciężką, srebrną biżuterię (którą często sobie sama projektuję).

Kocham to czym zajmuję się zawodowo: jestem specjalistą ds. produkcji roślin – moją specjalizacją są rośliny motylkowe i integrowana ochrona roślin.  Moją pasją jest rękodzieło. Tkanina i wszystko, co można w to hasło wcisnąć: nici, przędzenie, farbowanie, tkanie i dzierganie. Trochę rysuję. Ostatnio odkrywam ikony, ich niezwykłą symbolikę, barwy ziemi i duchowość, jaka się z nimi wiąże. 

Pasjonuje mnie stara porcelana – ta śląska powstająca w małych manufakturach, szkło z lat 60 i nieco późniejszych także powstające na Dolnym Śląsku. Także biżuteria, którą pamiętam z dzieciństwa: ORNO – finezyjne i ciężkie jednocześnie, projektowane przez wybitnych plastyków, IMAGO ARTIS – ta wytwórnia jest mi szczególnie bliska – za pierwsze, zarobione samodzielnie pieniądze kupiłam właśnie komplet tej wytwórni. Mam go do dzisiaj.  No i RYTOSZTUKA  i jej kowalski ryt.

Niewątpliwie artystyczna dusza… A powiedz, kto Cię inspiruje? Kto jest dla Ciebie największym autorytetem?

Mój autorytet… ten najważniejszy to moja, nieżyjąca już Babcia Zosia. Miała ogromny wpływ na to, kim się stałam. Wspaniała polonistka, kochała swój zawód i swoich uczniów. Niezwykłe było to, że pamiętała wszystkich swoich uczniów i nawet po latach o każdym coś mogła powiedzieć. 

Zaszczepiła we mnie miłość do książek i do rękodzieła. To ona pierwsza, kiedy byłam jeszcze w przedszkolu, dała mi do ręki szydełko czy igłę do haftu.  Cierpliwie znosiła moje wieczne grzebanie w jej dziewiarskich skarbach poukrywanych w pudełkach po czekoladkach i tych większych na dnie szafy.

To musiała być cudowna kobieta 🙂 Zaszczepiła w Tobie miłość do rękodzieła, które teraz jest ważną częścią twojego życia i pracy… Czy możesz w takim razie powiedzieć, że spełniasz się w życiu?

Zdecydowanie tak. Często powtarzam, że prace (obydwie) są jednocześnie moją pasją.

A bez jakich trzech rzeczy nie wyobrażasz sobie życia?

Czysta woda w dostatku, ogrzany dom i wystarczająca ilość jedzenia.

Za co cenisz innych ludzi?

Za ciche bohaterstwo (choroba swoja lub osoby bliskiej, mama wielu dzieci itp.)  i znoszenie trudów z pogodą i bez narzekania. Za pogodę ducha i kreatywność. Za odwagę bycia sobą. Unikam jak ognia ludzi narzekających, plotkujących i toksycznych.

W naszej kulturze pogoda ducha, rzeczywiście wymaga docenienia, bo nie jest to postawa oczywista 😉
Choć nie znamy się dobrze osobiście (poznałyśmy się na żywo na Drutozlocie, kiedy obkupiłam się na Twoim stoisku :)), to wydajesz mi się osobą pozytywną, uśmiechniętą i zatopioną w magicznym świecie kolorowych włóczek… Opowiedz jak zaczęła się twoja przygoda z wełną, dzierganiem, farbowaniem…

Pierwsze kroki w okresie przedszkolnym pod opieką Babci Zosi. Wyszywanie szlaczków na szmatkach, serwetki na szydełku – zawsze z falbanką. 

Potem od mamy nauczyłam się podstaw dziergania na drutach. Jestem z pokolenia wychowywanego w okresie kryzysu. Niczego nie można było kupić – trzeba było to sobie zrobić.

Szkoła średnia to internat – najlepsza szkoła życia, gdzie nauczyłam się makijażu od starszych koleżanek,  farbowania tkanin, podstaw szycia. Podpatrywałam, co noszą koleżanki. Wyjazdy do Gdańska na Jarmark Dominikański. Tam można było zobaczyć i rękodzieło i pokazy mody.
Moją kreatywność wymuszała sytuacja rodzinna: Mama wychowywała mnie i mojego o 12 lat młodszego brata samotnie. Wielu rzeczy nie było, bo albo były zbyt drogie albo nie można ich było na wsi dostać. Przykład: przerobienie wszystkich pieluch mojego brata na farbowane spódnice i bluzki.  Oczywiście po tym, jak już przestały być potrzebne. 

Luksusowe włóczki oglądało się w Pewexie czy Baltonie. Dla mnie to były dobra nieosiągalne, ale do dzisiaj pamiętam zapach tych sklepów. Mama, co jakiś czas zdobywała włóczki z anilany. Z tego potem zimą robiło się sweterki czy spódniczki.

Pierwsza próba tkacka: w wieku 15 lat zbiłam sobie samodzielnie ramkę z gwoździami, narysowałam wzór na kartonie i zaczęłam wyplatać pierwszy gobelin. Wszystko pod wpływem artykułu w jakiejś gazecie o gobelinach Pani Abakanowicz.  Gobelin robiłam z resztek włóczek, które były w domu.  Wzór trochę się przesunął… Mama do dzisiaj tego cudaka przechowuje.

Po rozpoczęciu pracy i urodzeniu syna  czasami wyszywałam obrazy krzyżykami. Tak jak moja Babcia. Czasami coś udziergałam, ale to był czas innych obowiązków i na to hobby nie miałam czasu.

Ponownie wróciłam do rękodzieła 10 lat temu. Syn by coraz bardziej samodzielny i miałam coraz więcej czasu.  Zaczęło się od fascynacji filcem formowanym na mokro. Zaliczyłam dużo kursów, na których nauczyłam się filcowania na płasko, przestrzennego.  Pierwsza pracownia to Wioleta Gorgoń i jej klimatyczna pracowania w Szczecinie. Potem Samograj Agnieszki Jackowiak. Agnieszka była tą osobą, która wywróciła do góry nogami moje postrzeganie wełny. Do końca życia nie zapomnę mojego przerażenia, kiedy Agnieszka polała wrzątkiem ułożony do filcowania szal z jedwabiem.  No bo gdzie jedwab i wrzątek!

W tej pracowni uczyłam się też przędzenia na kołowrotku i także tam była pierwsza próba farbowania naturalnej wełny na kursie prowadzonym przez Justynę Karo.  Uczyłam się też w innych miejscach w Polsce: lublińska hurtownia Bocian: cudowne sukienki i malowanie wełną. Cały kurs filcowania w poznańskiej pracowni Doroty Freitag. Dwa tygodnie poświęcone tylko na filcowanie.

Do filcowania przestrzennego były potrzebne wełny typu yarn art. Były drogie i nie takie jak mi się marzyły. Postanowiłam, że nauczę się prząść na kołowrotku. Początki były trudne, pierwszy kurs to same porażki, łzy i nerwy. Ogromnie się zniechęciłam. Po trzech miesiącach od zakończenia kursu postanowiłam, że zaryzykuję i kupię jednak kołowrotek. W domu pojawił się mój ukochany Bliss z holenderskiego Woolmakers. No i poszło.

Najpierw przerabiałam czesanki do filcowania, potem zaczęłam szukać innych włókien i wełen. Zafascynowały mnie yarn arty robione przez amerykańskie prządki. W dobie internetu można się już nauczyć czy podpatrzeć jak pracują inne osoby.

Kierunki podpatrywania miałam dwa: strona rosyjska, gdzie rosyjskim posługiwałam się dość biegle by zrozumieć, o czym dziewczyny opowiadają i amerykańska. Tu gorzej było z angielskim, ale nie miałam wyjścia i powoli zaczęłam się też zaprzyjaźniać z tym językiem. Moja znajomość angielskiego jest nietypowa: pojęcia związane z przędzeniem, dzierganiem rozumiem całkiem nieźle – zamówienie obiadu za granicą jako tako, ale swobodna konwersacja niekoniecznie. 

Przez dwa lata zajmowałam się tylko przędzeniem. To są setki godzin wysiedziane przy kołowrotku. Kilometry niekoniecznie udanych nitek. Gotowe kolory czesanek znudziły mi się szybko, więc postanowiłam zająć się też ich farbowaniem. Trochę pamiętałam z czasów szkoły. Pojechałam też na kurs farbowania do Poznania. Myślałam, że poznam specyficzne receptury jak uzyskać dany kolor. Proporcje itp. Od Justyny Karo usłyszałam najcenniejszą radę farbiarki: eksperymentuj, baw się kolorem, jak coś pójdzie nie tak, zawsze możesz ufarbować na czarno.  Trzymam się tej rady do dzisiaj.

Praktyka i eksperymenty robią swoje. Udało mi się wypracować swój własny styl farbowania inspirowany tym, co widzę wokół siebie. Ostatnio wróciłam do tkania. Tym razem nie ramy, ale krosno. Tutaj bardzo dużo zawdzięczam Beacie Jankowskiej z Mazurskich Tkanin. Mogę powiedzieć, że to moja mentorka w sztuce tkania. Nie mogę też zapomnieć o Monice Incarna – u niej utkałam pierwszy szalik na krośnie i to ona pokazała mi podstawy tkania na krośnie dwunicielnicowym.

Wow… Imponujący zasób wiedzy i doświadczenia zebrałaś przez lata… Sprzedajesz farbowaną przez siebie i ręcznie przędzoną wełnę. Czy uważasz, że jest możliwe utrzymywanie się z tego rodzaju działalności?

Nie wiem, nigdy nie próbowałam i nie planuję też tego w przyszłości. Wełniana działalność przynosi mi dochód, ale nie zaryzykowałabym utrzymywania się tylko z tej dziedziny. Zwłaszcza, że w dziedzinie utrzymania domu i opłacenia rachunków jestem zdana na własne siły. Największym problemem jest ZUS i okresy, w których ciężko jest coś sprzedać.  Bardzo też lubię swoją pracę, którą wykonuję na etacie. Myślę, że w mojej sytuacji jest to najbardziej komfortowe rozwiązanie. To pozwala mi też robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Traktuję to jak świetną zabawę.

Ok… A powiedz teraz coś o włóknach, których używasz… Lubisz wełnę? Jakie ma dla Ciebie wady i zalety, i czy wykorzystujesz też inne przędze?

Kocham wełnę! Szczególnie taką, gdzie mam absolutną pewność, co do faktu godziwego jej pozyskania. Lubię nitki ze zwierzaków, które miałam możliwość zobaczyć, pogłaskać. To jest dla mnie najcenniejsza włóczka.  Pracuję też na czesankach przygotowanych przemysłowo – najczęściej w małych przetwórniach, chociaż to nie jest zasada, której się kurczowo trzymam. Do farbowania używam najczęściej bazy przemysłowej, która jest przygotowywana specjalnie dla mnie. Sama też selekcjonuję runo do takiej bazy. 

Czekam na taką partię czasami kilka miesięcy. Wyszukuję też do farbowania ciekawe bazy z innych źródeł. Z całego świata.

Podobnie jest z włóknami roślinnymi czy jedwabiem. Najczęściej mieszam różne gatunki włókien i z tego przygotowuję nić na kołowrotku. Nie używam do przędzenia ręcznego włókien akrylowych. W farbowanych nitkach czasami akryl się pojawia, ale nie więcej niż 20% składu mieszanki.

Zaleta wełny: jest przyjazna przyrodzie bo naturalna. Zwłaszcza ta, która jest przygotowywana do przędzenia ręcznego od podstaw, czyli polaru z owcy, alpaki czy lamy. Przebrana i wyprana własnymi rękoma. Gryzienie wełny też jest dla mnie zaletą (do pewnego stopnia zagryzania) pomaga w utrzymaniu właściwego krążenia.  Nie jestem natomiast fanką wełny z polskich owiec. Jak dla mnie są zbyt brutalne pod kątem „zagryzania”. Straciliśmy też w Polsce bazę ciekawych owiec pod względem jakości runa. Zanikła hodowla w tym kierunku. Dzisiaj runo owcze traktowane jest w Polsce jako odpad. 

Z włókien roślinnych lubię len. Moja druga Babcia Katarzyna przędła len i konopie na wrzecionie. Nie było mi dane zobaczyć jak to robi. Mieszkała w Bieszczadach i nie miałam możliwości poznać jej dobrze.  Kiedyś uświadomiłam sobie, że pewne umiejętności są uwarunkowane dziedzicznie. Myślę, że w moim przypadku tak jest z lnem. Lubię to włókno i w farbowaniu i w przędzeniu. Praca z tym włóknem jest dla mnie tak naturalna jak oddychanie.

Z opowieści Mamy wiem, że tak też było z Babcią Katarzyną. Przędła len nawet wtedy, gdy już niemal całkowicie straciła wzrok.  Z technicznego punktu widzenia jest to włókno trudne. Gdzieś kiedyś usłyszałam, że grzeczne prządki będą w niebie przędły miękkie owieczki a te złe będą przędły w piekle len… coś jest na rzeczy w tym powiedzeniu.

Pracuję też z włóknami bardzo egzotycznymi: róża damasceńska, włókno miętowe, sojowe, bambusowe i wiele innych. Często też mam do czynienia z jedwabiem: wieloma jego gatunkami. We wrześniu tego roku miałam możliwość uczestniczyć w spotkaniu studyjnym w Padwie w Instytucie Jedwabnika przy Muzeum Owadów. Niezwykle ciekawe zdarzenie. W tej instytucji hodowane jest ponad 200 gatunków jedwabników. Pula genowa jest utrzymywana od 200 lat. Po raz pierwszy zobaczyłam jedwab w kolorach różowych, żółtych, błękitnawych czy miętowych. Barwa była uwarunkowana gatunkiem jedwabnika a nie sprowokowana żywieniem.

Włosi zaczęli proces odtwarzania rodzimej produkcji jedwabiu. Rolnicy – hodowcy są zachęcani do wznowienia takich przydomowych hodowli. Są wspierani przez naukowców, bardzo prężnie wykorzystują środki unijne na innowacyjne maszyny i urządzenia mające usprawnić tę hodowlę. W Polsce jeszcze do lat 70 – 80 też istniała taka hodowla. Zajmowali się tym moi bieszczadzcy dziadkowie. Niestety w tej chwili w tym zakresie nie dzieje się nic w naszym kraju. A szkoda. Była to piękna tradycja hodowlana.

Co do wad wełny, jest ich niewiele. Dla niektórych będzie to reakcja uczuleniowa. Takie osoby są niejako „skazane” na włókna roślinne lub syntetyczne. Są też osoby z dużą wrażliwością skóry. Dla takich osób kontakt z wełną Gotland nie będzie przyjemnością. A zaproponowanie wełny owcy barwnej górskiej zakrawałoby na próbę nękania.  

Jest grupa osób, która z różnych względów nie chce mieć do czynienia z włóczkami pochodzenia zwierzęcego. Na szczęście pula włókien roślinnych jest już tak duża, że nie ma problemu z dostępem do takich nitek.  Wyroby z włókien naturalnych, co do zasady są wyrobami „wysokiej troski” – wymagają umiejętnego obchodzenia się z nimi. Delikatnego prania, odpowiednich detergentów, czy też blokowania czy formowania. Nie są to wyroby do prania w pralkach, szybko bowiem tracą swoją urodę. 

Jakie są twoje autorytety dziewiarskie?

Jest całe mnóstwo osób, których prace podziwiam. Wspomnę natomiast o tych mi najbliższych: Mirela Maliszewska, Grażyna Pypłacz i Danusia Miernik. Dlaczego? Bo są to dziewczyny, które często ratują moje udziergi, bo coś poszło mi nie tak lub motywują do rozpoczęcia projektu bardziej skomplikowanego niż chusta. Cieszą mnie spotkania elbląskich dziewiarek, podpatruję wtedy, co robią inne dziewczyny, dużo się od nich uczę. Nie uważam się za jakąś wybitną dziewiarkę. Prace dziewiarskie, zwłaszcza na drutach to u mnie proces długi i mozolny.

Co zawdzięczasz wełnie?

To, czym się zajmuję uczy pokory, cierpliwości i spokoju. Pozwala mi się wyciszyć – jestem dość ekspresyjną osobą. Ta cecha może być bardzo męcząca, jeżeli nie idzie za nią umiejętność wyciszenia emocji. Zawdzięczam też swojemu hobby poznanie wielu, niezmiernie ciekawych osób. Sprzyjają na pewno temu też media społecznościowe. Staram się, o ile jest to możliwe i jest chęć z obu stron na poznanie części osób w świecie realnym.

Największy wełniany sukces i największa  wełniana porażka?

Sukcesem było ufarbowanie kilkudziesięciu kilogramów włóczki przed Drutozlotem w 2018r w ciągu 10 dni. Przetwórnia bardzo się spóźniła z realizacją zamówienia i dostałam bazę do farbowania dwa miesiące później. 

Sukcesem jest wydzierganie sukienki do kostek, z godetami na drutach nr 3. Gwoli ścisłości, to był mój pierwszy model dziergany w całości od góry i Mirela uratowała dekolt… Zapomniałam, że dekolt się formuje rzędami skróconymi.  Można więc powiedzieć, że taki sukces uratowany przed klęską.

Porażka: ufilcowana „na twardo” czesanka z merino w trakcie farbowania. Dokładnie 3 kg takiej czesanki. Nie dała się uratować.  Farbowania w kolorach bliżej nieokreślonych przypominające … no powiedzmy delikatnie… ziemię z kompostu… pomysły farbiarskie bez przeliczenia jak kolor ułoży się w dzianinie i oczywiście w dużej partii luksusowej bazy. Ostatnia porażka: sweterek z yarn art własnoręcznie uprzędzionego, który udziergałam z elementów łączonych zamiast metodą „od góry” – no nie zachwyca…

😀 Czyli każdy ma swoje wzloty i upadki 🙂 i nawet tak doświadczonej artystce przytrafiają się wpadki 🙂
Jak wyglądałby twój wymarzony dzień bez żadnych ograniczeń?

Zdarzają mi się takie dni nawet dość często.  Zaczynam taki dzień od kawy i śniadania jedzonego wspólnie z moim ukochanym psiakiem. Dobra muzyka na cały regulator przez cały dzień lub jakiś fajny serial na Netflix. Wyłączony telefon i internet, przygotowana wełna do farbowania i na przykład osnute krosno lub przędzenie luksusowych battów na kołowrotku.  „Rozmowa” z psem, spacer lub siedzenie w ogrodzie. Nic więcej mi nie trzeba…

🙂

Trzy rzeczy które chciałabyś zmienić na świecie…

Chciałabym by nikt nie zmuszał dzieci, ludzi dorosłych do niewolniczej pracy tylko dlatego, że w krajach pierwszego świata rozbuchał się konsupcjonizm, byśmy szanowali jako ludzie ziemię i korzystali z niej bez ekstremalnego niszczenia, byśmy umieli się wzajemnie szanować, doceniając różnice jakie są między nami i to jakim bogactwem może być drugi człowiek.

Gdybyś mogła odbyć spotkanie z kimś zupełnie niedostępnym, to kto by to był i o co byś go/ją zapytała?

Nina Demidowa!!! Chciałabym zobaczyć jak pracuje. Pytałabym ją o wszystko.

Jesteś niezwykle inspirującą kobietą Dorota, ponadto tworzysz przepiękne włóczki, z których ja osobiście wydziergałam ciepłe czapy dla moich dzieciaków na zimę. Musisz wiedzieć, że jesteś osobą, u której zrobiłam największe zakupy w tym roku na Drutozlocie 😀
Powiedz gdzie Cię można znaleźć w Internecie i na żywo, gdyby ktoś miał chrapkę na twoją sztukę
🙂

W sieci, na FB na profilu BERENICE, wszystko wskazuje, że od nowego roku także na ETSY.  Na żywo… Drutozlot, czasem inne duże imprezy dedykowane włóczkom – umieszczam wtedy taką informację na FB, można do mnie napisać, zadzwonić i umówić się na spotkanie, tam gdzie mieszkam. 

Dorotę znajdziecie również na Instagramie o TUTAJ 🙂
A jeśli spodobał Ci się wywiad, zostaw komentarz i udostępnij proszę 🙂 Niech piękne historie niosą się w świat 🙂

4 Replies to “Z serii po nitce do kłębka… – WYWIAD Z DOROTĄ BUČAR – wszechstronną artystką z dziedziny włókiennictwa, specjalistką od roślin motylkowych, twórczynią manufaktury przędzy BERENICE, mamą – przyjaciółką i spełnioną kobietą…”

  1. “Nie tylko ja, ale i spore grono czytelniczek, z przyjemnością…” to cytat z początku artykułu. Szanowna Pani Redaktor, chciałem zaznaczyć, że jestem płci męskiej, znam Dortotę i jej “dzieła”. Faceci też potrafią docenić to co robi Dorota. Co prawda, ja “żyję” z tego co odrzuci Dorota (jestem powroźnikiem) W następnym atrykule proszę o zwracanie się do “grona czytelników” czyli Pań i Panów.
    Ps. A swoją drogą to fajny artykuł o fajnej dziewczynie z ptrawdziwą pasją!!!

    1. Oczywiście poprawię się 🙂 Daleka jestem od dyskryminacji kogokolwiek, po prostu w tej dziedzinie kobiety stanowią większość, więc siłą rzeczy ciśnie się na usta i na klawiaturę forma żeńska… ale skoro mam w gronie czytelników przynajmniej jednego mężczyznę, na przyszłość będę baczniej zwracać uwagę na zwroty 🙂
      Pozdrawiam więc wszystkich czytelników i czytelniczki 😀

  2. ”W naszej kulturze pogoda ducha, rzeczywiście wymaga docenienia, bo nie jest to postawa oczywista” – jakie to prawdziwe, niestety. Czasami odnoszę wrażenie, że ludzi drażnią osoby, które znajdują czas na cokolwiek innego poza narzekaniem. Faktycznie trzeba się uodparniać na pseudo wartościowe komentarze takowych ludzi i prawdziwie cieszyć się życiem.
    Wspaniały wywiad, bardzo inspirujący i dodający otuchy. Pozdrawiam.

  3. Bardzo inspirujący wywiad. Dorota jest osobą z niezwykłą wiedzą i pasję, jeśli chodzi o rękodzieło. Jestem fanką jej włóczek od kilku lat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *