Maria Różańska NAD WEŁNEM – Rozdział 02 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, ZWOOLNIJ / wtorek, 9 marca, 2021

Rozdział​ ​2

Justyna zjawiła się w pracy spóźniona o kilka minut. Na szczęście prawie nikt tego nie zauważył – w każdym razie nikt z menadżerów. Dziewczyna rozsiadła się przy swoim biurku i próbowała sprawiać wrażenie, jakby siedziała tam co najmniej od wczoraj. Znad monitora naprzeciwko​ ​wychyliła​ ​się para błyszczących ciekawością oczu i​ ​głowa​ ​okolona​ ​ciemnymi​ ​włosami.

– ​Co się stało? Królowa punktualności i prawie siedem minut spóźnienia? Dobrze, że mamy​ ​dużo​ ​zamówień​ ​i​ ​Betty​ ​chyba​ ​nie​ ​zauważyła.

Justyna​ ​spojrzała​ ​ciężko​ ​na​ ​koleżankę.

–​​ ​Miałam​ ​kiepską​ ​noc,​ ​męczyły​ ​mnie​ ​jakieś​ ​durne​ ​koszmary​ ​i​ ​jakoś​ ​tak​ ​zaspałam…

– Taaa, koszmary. Powiedz lepiej od razu, że masz problemy z Ziggym​ – imię Zygmunt było dla Brytyjki jamajskiego pochodzenia zbyt trudne i od pierwszej chwili odmówiła nauczenia się​ ​go.  Justyna westchnęła. Raz, jeden jedyny raz, zwierzyła się Georginii z kłopotów w związku i teraz za każdym razem, gdy była smutna lub przygaszona, cokolwiek nie byłoby powodem, przyjaciółka widziała w tym udział “Ziggy’ego”. Wiele razy miała rację, ale nie o to chodzi. Justyna już chciała zaprotestować jak zwykle, ale coś w niej pękło. Naprawdę źle spędziła noc, niby spała, ale miała koszmary, których rano nie pamiętała. Zostało po nich tylko wrażenie zmęczenia i zniechęcenia,​ ​spotęgowane​ ​-​ ​tak,​ ​Georgie​ ​miała​ ​rację​ ​-​ ​problemem​ ​z​ ​Zygmuntem.

–​​ ​Znowu​ ​stracił​ ​pracę – wyznała z westchnieniem.

–​​ ​Wylali​ ​go?​ ​Za​ ​co?​ ​​–​​ ​zainteresowała​ ​się​ ​niezdrowo​ ​jej​ ​rozmówczyni.

– Nie wiem, czy jego wylali, czy sam odszedł, to na jedno wychodzi. To już trzeci raz w tym​ ​roku.​ ​A​ ​gdzie​ ​on​ ​teraz​ ​coś​ ​znajdzie,​ ​tuż​ ​przed​ ​świętami?

–​​ ​W​ ​Primarku,​ ​na​ ​kasie​ ​​–​​ ​podsunęła​ ​usłużnie​ ​Georgina.

–​​ ​Co​ ​ty,​ ​w​ ​życiu​ ​na​ ​to​ ​nie​ ​pójdzie.​ ​Nie​ ​z​ ​jego​ ​możliwościami.

–​​ ​Przerost​ ​ambicji​ ​i​ ​tyle​ ​​–​​ ​zawyrokowała​ ​Brytyjka.

– Nie, on naprawdę ma talent i zna swoją wartość… ​– próbowała przez chwilę bronić chłopaka Justyna, ale wypadło to dość blado i nieprzekonująco. Ją samą coraz mniej przekonywało. Georgie już otwierała usta do kolejnej uwagi, gdy do ich dyskusji wmieszał się trzeci​ ​głos:

– Dziewczyny, tak was słucham i zastanawiam się, czy maile do klientów same się napiszą?​ ​A​ ​może​ ​Justyna​ ​chce​ ​dołączyć​ ​do​ ​Zigmen…​ ​do​ ​Ziggy’ego​ ​na​ ​bezrobociu?

Zabrzmiało groźnie. Obie winowajczynie natychmiast pochyliły głowy nad klawiaturami. Betty była świetną koleżanką, ale w czasie wolnym. W pracy najbardziej obchodziła ją efektywność i wyniki sprzedaży. Gdy menadżerka zniknęła im z pola widzenia, umówiły się wzrokiem wskazując toaletę. Tam, pół godziny później, kontynuowały rozmowę, na wszelki wypadek​ ​pozorując​ ​niezwykle​ ​dokładne​ ​mycie​ ​rąk.

– …no i poszłam spać, a rano naprawdę zaspałam i nawet nie było jak porozmawiać. Zresztą spał w salonie, widocznie padł przed kompem i resztką sił dowlókł się na sofę. Przykryłam​ ​go​ ​tylko​ ​kocem​ ​i​ ​wyleciałam​ ​z​ ​domu​ ​​–​​ ​kończyła​ ​sprawozdanie​ ​Justyna.

– Dobrze on ma z tobą. Ugotujesz, sprzątniesz, jeszcze kocykiem otulisz i pieniążki zarobisz​ ​​–​​ ​Georgina​ ​nawet​ ​nie​ ​kryła​ ​złośliwej​ ​ironii.

– Jest przyzwyczajony do tego przez matkę. Ciężko mu jeszcze przejść w tryb całkowitej samodzielności. Ale się stara. Z tych freelancerskich projektów też coś tam czasem zarobi ​– broniła znów chłopaka Justyna i tym razem wierzyła w to, co mówi. Może była niesprawiedliwa..? Przecież to nie kogoś wina, jak został wychowany, a Zygmunt chce się zmienić. “Albo tylko pozoruje” – szepnął cichuteńki głosik na samym dnie jej świadomości, właściwie już przy przejściu granicznym z podświadomością. Odpędziła go szybko, jak natrętną osę​ ​i​ ​w​ ​następnej​ ​sekundzie​ ​o​ ​nim​ ​zapomniała.

– Ok, wychodź pierwsza, a ja za chwilę ​– zakomenderowała, pragnąc już uciąć niewygodną dyskusję. ​– Żeby znów nas ktoś nie posądził o umawianie na pogaduszki. Oczywiście niesprawiedliwie ​– uśmiechnęła się, a Georgie odpowiedziała swoim imponującym, olśniewającym nawet, uśmiechem i wyszła z łazienki.

Po jej wyjściu, z twarzy Justyny zniknęła maska wesołości. Spojrzała krytycznie w zawieszone nad umywalkami lustro. Jej cera, na co dzień dość blada, dziś była prawie biała. Zdążyła rano machnąć jakiś szybki make-up, ale cieni pod oczami nie zasłonił. Czarne włosy związała w szybki węzeł, który teraz powoli się rozpadał. Sama​ ​sobie​ ​wydała​ ​się​ ​szara,​ ​wymięta​ ​i​ ​nijaka. “Zygmuntowi by się to nie spodobało” ​– pomyślała nagle i ta myśl ją rozzłościła. On sam zawsze wyglądał jak model świeżo zgarnięty z wybiegu. Nawet zaspany, w piżamie i ze szczoteczką do zębów w ręku – jakby właśnie tę szczoteczkę i piżamę reklamował. Jak on to robił? Jakkolwiek by to nie było, nie miał prawa wymagać tego od niej. Modelką nigdy nie była, nie będzie i nie chce być. Poza tym, była na to za gruba. Nie, nie była tęga, miała po prostu trochę więcej mięsa na kościach niż standardowe szkieletorki widziane w większości magazynów z modą. O, i jest za niska! Z tym się już nic nie zrobi! Nagle pokrzepiona tą myślą, jakby właśnie odpędziła wiszące nad nią niebezpieczeństwo modelingu, wyszła z biurowej łazienki i wróciła do komputera. Następne kilka godzin spędziła skupiając się na pracy i nie dopuszczając​ ​do​ ​siebie​ ​żadnych​ ​myśli,​ ​niezwiązanych​ ​z​ ​klientami​ ​i​ ​ich​ ​problemami.

W domu czekały na Justynę kwiaty. “Zależy mu na mnie, stara się, czego ja chcę więcej?” ​– robiła w myślach wyrzuty samej sobie. “Nie jego wina, że ma taką matkę. Może gdyby miał ojca byłby trochę inny…?” Tego nie była jednak pewna. Ona sama od osiągnięcia pełnoletności prawie przestała utrzymywać z ojcem kontakt, a i on też specjalnie kontaktów z  nią nie szukał. Zaprzątały go zupełnie inne sprawy. Zygmunta nie było w domu, zniknęły też rachunki z kuchennego blatu, co ucieszyło ją nawet bardziej niż czerwone róże. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w sukienkę, którą lubił najbardziej i starannie się umalowała. Kończyła nakładać  szminkę,​ ​gdy​ ​usłyszała​ ​trzask​ ​drzwi​ ​wejściowych.​ ​Wyszła​ ​z​ ​łazienki.

– Skarbie…​ mon coeur… ​– po jego wzroku i głosie poznawała, że bardzo mu się podobało​ ​to,​ ​co​ ​widział.

–​​ ​Cześć​ ​słońce​ ​​–​​ ​przytuliła​ ​go​ ​na​ ​powitanie.​ ​​–​​ ​Gdzie​ ​byłeś?​ ​​–​​ ​ciekawość​ ​przeważyła.

– Nieważne gdzie byłem, ważne, że jestem teraz tu, przy tobie ​– przy tych słowach niespodziewanie porywczym ruchem wziął ją na ręce. I zaraz odstawił – siła fizyczna nie była jego najmocniejszą stroną.

– Przytyłaś? ​– sapnął, opuszczając ją na ziemię. Postanowiła puścić tę uwagę mimo uszu​ ​i​ ​cieszyć się dalej romantyczną atmosferą.

Późnym popołudniem Justyna wzięła się za pranie. Szydełko wołało ją w trzech językach, ale obowiązki krzyczały głośniej i to ich nawoływania postanowiła posłuchac najpierw. Potem z większą ochotą i energią zabierze się za tę narzutę dla przyszłej teściowej. Rozwiesiwszy pierwszą porcję czystych ubrań i szykując drugą, zabrała z przedpokoju płaszcz Zygmunta. “Będzie mu miło założyć jutro świeżutki płaszcz” ​– ​pomyślała z odrobiną rozrzewnienia.  Automatycznie zabrała się do opróżniania kieszeni. Chusteczki higieniczne, drobne monety, ołówek i jakieś papiery. Położyła wszystko w rogu blatu, a brudne chusteczki, rachunki ze  sklepów i za kartę Oyster wyrzuciła do kosza.

Nie miała zamiaru przeglądać papierów, ale jeden wydał jej się podejrzanie znajomu, więc obejrzała go dokładniej. Okazał się być poskładanym na czworo pokwitowaniem z Western Union na odbiór pieniędzy. Od Anny Kulczyńskiej – Polska, dla Zygmunta Kulczyńskiego – Wielka Brytania. Justyna zamarła z papierem w ręku. Gdy spytała go dziś, skąd miał pieniądze na rachunki, gdyż uniesiony ambicją zwolnił się z pracy tuż przed wypłatą i jeszcze nie odebrał należących mu się tam pieniędzy, odpowiedział, że otrzymał zapłatę za logo dla jakiejś firmy przewozowej. Najwyraźniej jednak dostał je od matki. Znowu! A solennie​ ​obiecywał​ ​więcej​ ​od​ ​niej​ ​nie​ ​wyciągać!

Matka Zygmunta miała agencję nieruchomości, założoną jeszcze przez jej męża. Ponadto była dość znana ze swojej działalności charytatywnej. Pojawiała się czasem na jakichś większych imprezach dobroczynnych, kilka razy jej zdjęcia ozdobiły kolorową prasę, ale była marną pożywką dla paparazzi. Nie szastała pieniędzmi, nie zmieniała facetów (owdowiała młodo i potem nie związała się już z nikim), nie wywołała w życiu ani jednego skandalu. Co innego jej syn, swego czasu bale i skandale to był jego żywioł, ale od kilku lat – odkąd poznał Justynę – dziwnie się uspokoił. Nie był jednak w stanie usamodzielnić się na tyle, by przestać prosić matkę o pieniądze. Co tam prosić? Żądać! Prawie zawsze jego życzenia były przez nią spełniane i to wyrobiło w nim poczucie, jakby dbanie o jego komfort było stałym obowiązkiem matki. Nawet teraz, gdy miał już prawie 30 lat!

Justyna nienawidziła takiej postawy, ona sama od małego musiała dawać sobie radę sama, i podejście Zygmunta oraz jego niesamodzielność chwilami ją brzydziły. Obiecywał jej niedawno, że weźmie się za siebie, że nie będzie brał środków na życie od matki. Widać, ile są warte jego obietnice! Spojrzała jeszcze raz na zgnieciony lekko w palcach papier i na widniejącą na nim sumę. Mamusia nie pożałowała jedynakowi, po opłaceniu wszystkich bieżących rachunków, pieniędzy zostawało jeszcze bardzo dużo. Justyna zastanowiła się, czy pokazać znaleziony papier Zygmuntowi, czy też udawać że o niczym nie wie. Chwilowo wybrała drugą opcję, była już tym wszystkim zmęczona. Włożyła ubrania do pralki, przygotowała herbatę i kilka kanapek i poszła do salonu. Zygmunt, zrelaksowany i w dobrym humorze, grał w jakąś strzelankę. Na jej widok spauzował grę i rozjaśnił​ ​się​ ​jeszcze​ ​bardziej.

–​ ​​Oooo​ ​kanapeczki!​ ​Dzięki,​ ​kochanie.

Już, już chciała zaoponować, że zrobiła je przecież dla siebie, ale w sumie co jej szkodzi się podzielić. Przyniosła dodatkową herbatę i sięgnęła do pudła z wełną, ale chłopak złapał ją za​ ​rękę.

– Daj spokój tej dłubaninie chociaż raz. Chodź, obejrzymy sobie razem jakiś film. Ty wybierasz.

– Mogę oglądać i szydełkować ​– zaprotestowała, ale już usadził ją sobie na kolanach i  otworzył​ ​folder​ ​z​ ​filmami.

–​​ ​Skarbie​ ​​–​​ ​zaczęła​ ​Justyna​ ​w​ ​czasie​ ​napisów​ ​początkowych.​ ​​–​​ ​Co​ ​się​ ​stało​ ​w​ ​pracy?

–​​ ​Nie​ ​było​ ​to​ ​odpowiednie​ ​dla​ ​mnie​ ​miejsce – padła szybka odpowiedź – ​Zawsze​ ​mogę​ ​znaleźć​ ​coś​ ​lepszego.

– To znajdź. Może zamiast oglądać film, przejrzymy razem oferty pracy? Pomogę ci…​– zaoferowała.

– Słonko, Jerry wczoraj do mnie dzwonił, kolega jego kuzyna pracuje w wydawnictwie, szukają kogoś do projektowania okładek. Skoczę tam jutro, a tymczasem nie kłopocz swojej ślicznej​ ​główki​ ​i​ ​​enjoy the evening.

​Uspokoiła się. Jednak poczynił jakieś kroki w kierunku znalezienia pracy. Choć z drugiej strony, cichutki głosik siedzący w stróżówce na pograniczu między krainami świadomości a podświadomości, stał się podejrzliwy i zaczął dopatrywać się połączenia między telefonem Jerry’ego, a rzuceniem pracy tego samego dnia. Znów go zignorowała i wbrew swojej naturze postanowiła wyluzować się oraz spróbować popatrzeć w przyszłość bardziej optymistycznie. Średnio​ ​jej​ ​to​ ​wychodziło.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *