Maria Różańska – NAD WEŁNEM – Rozdział 08 – 2/2 – Historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / środa, 14 lipca, 2021

Dziś o artystycznej inicjatywie, van Goghu i nieoczekiwanej pomocy, oraz samokrytyczne rozmowy smsowe.

Rozdział 08 – 2/2

 

Inaczej ubrany, włosy trochę krótsze, ale tych oczu i ciepłego, niskiego głosu zapomnieć nie potrafiła. ​

– To pan w grudniu odprowadził​ ​mnie​ ​do​ ​taksówki​ ​i​ ​pożyczył​ ​swój​ ​telefon! 

– Pamięta pani! ​– ucieszył się i jeszcze szerzej uśmiechnął, przez co jego twarz  rozjaśniła się jak słońce w lipcu. Justynie nagle przemknęła przez głowę wizja nagrzanych  słońcem​ ​złotych​ ​pól​ ​pszenicy,​ ​szybko​ ​wróciła​ ​jednak​ ​do​ ​rzeczywistości.  

– Oczywiście, że pamiętam tak dobry uczynek ​– teraz i ona się rozjaśniła, jego uśmiech  był​ ​najwyraźniej​ ​zaraźliwy.  

– Wtedy patrzyła pani na mnie podejrzliwie, jakbym był jakimś przestępcą, ale w sumie  w tamtych okolicznościach i otoczeniu, niezbyt mnie to dziwi. To co, gdzie malujemy? ​– dodał  szybko,​ ​widząc​ ​jej​ ​lekkie​ ​zmieszanie.  

– Tutaj ​– wskazała “sklep”, zadowolona z nakierowania rozmowy na bardziej praktyczne  tory.​ ​​–​​ ​Wystarczy​ ​tyle?​ ​​–​​ ​pokazała​ ​mu​ ​farbę,​ ​którą​ ​kupiła.  

– Powinno… ​– zaczął z wahaniem, i już wiedziała, że nie starczy. ​– A jak nie, to coś  wymyślimy ​– rzucił lekko. ​– Przepraszam, jeszcze się nie przedstawiłem. Jan Tyrowicz ​–  wyciągnął​ ​w​ ​jej​ ​stronę​ ​rękę. 

– Justyna Chorzelska ​– jej ręka prawie utonęła w ciepłym i mocnym, a jednocześnie delikatnym​ ​uścisku​ ​jego​ ​dłoni.  

– Ok, to ja skoczę do auta po drabinę i sprzęt ​–​- zadeklarował się Jan. W dwie minuty był z powrotem, a w trzy zabierał się do pracy. Dziewczyna planowała zająć się własną robotą, nawet otworzyła laptopa, ale ostatecznie skończyło się na robótce i rozmowie z malarzem. Rozmowa to może nawet za dużo powiedziane, bo zdecydowanie więcej mówił Jan. Dowiedziała się, że w grudniu był w Londynie odwiedzić kuzyna, a na co dzień mieszka w Ashton-under-Lyne z wujkiem i siostrą, matka została w Polsce. Założyli ze stryjem kilka lat temu firmę remontową, ale na początku było ciężko, zwłaszcza gdy stryja dopadała jego          chroniczna depresja. Nie bardzo wtedy nadawał się do roboty, co przysparzało znacznie pracy Janowi. Zdarzali się też klienci odmawiający zapłaty, próbujący wmówić fuszerkę, co raz nawet skończyło się w sądzie, i od tamtej pory stryj i bratanek nauczyli się zabezpieczać przed niesłusznymi oskarżeniami. Niesłusznymi, bo pracę zawsze obaj wykonywali dokładnie i porządnie,​ ​inaczej​ ​nie​ ​ma​ ​sensu.  

– To przede mną też się pan na wszelki wypadek zabezpieczy? ​– spytała z półuśmiechem​ ​Justyna,​ ​podnosząc​ ​oczy​ ​na​ ​stojącego​ ​na​ ​drabinie​ ​malarza.  

– Oczywiście, zrobię kilka zdjęć zaraz po skończeniu ​– odwrócił się w jej stronę i nagle jakby speszony, szybko wrócił do malowania. ​– Ale pani to co innego, pani ufam ​– dodał półgłosem.  

–​​ ​Dlaczego,​ ​przecież​ ​mnie​ ​pan​ ​nie​ ​zna​ ​​–​​ ​dociekała​ ​żartobliwie​ ​dziewczyna.  

–​​ ​Znam​ ​​–​ ​​zaoponował,​ ​i​ ​prędko​ ​dodał​ ​​–​​ ​z​ ​tego​ ​wieczoru​ ​w​ ​Londynie.  

– To w takim razie łatwo zdobyć pana zaufanie ​– drążyła dalej z uśmiechem. Robótka już​ ​od​ ​dłuższego​ ​czasu​ ​leżała​ ​odłogiem,​ ​zapomniana​ ​przy​ ​interesującej​ ​dyskusji. 

– Przeciwnie, nie każdemu się to udaje ​– odpowiedział poważnie i spojrzał jej prosto w oczy.  

– Słuchajcie… ​– chwilę ciszy przerwał nagle męski baryton.​– Chwilowo nie ma żadnych klientów, idę zrobić herbaty, chcecie? ​– pochłonięci rozmową, zupełnie zapomnieli o obecności Benedykta​ ​w​ ​drugim​ ​końcu​ ​sklepu.  

–​​ ​Ja​ ​zrobię​ ​​–​​ ​poderwała​ ​się​ ​Justyna.​ ​​–​​ ​Dla​ ​pana​ ​kawa,​ ​herbata? 

– Herbata, czarna, dwie łyżeczki cukru, dziękuję ​– uśmiechnął się malarz z wyżyn drabiny.  

 

Po krótkiej przerwie na herbatę i kanapkę, Jan wrócił na drabinę, Justyna na krzesło i zapewne kontynuowaliby rozmowę, gdyby nie zadzwonił telefon dziewczyny. Była to ciocia Emilia, pytająca swoim łagodnym głosem, czy Justyna nie znalazłaby wolnej chwili żeby wpaść do domu na godzinkę, bo mają przyjść ludzie od gazu, a ona już jest od tygodnia umówiona z Terenią i nie może biedaczce zrobić takiego zawodu i odwołać spotkania. Witek i Lenka są w szkole, Benedykt w pracy, tylko ona jej została, jeśli to nie problem oczywiście. Dziewczyna próbowała tłumaczyć, że jest w trakcie malowania sklepu, że dojazd tramwajem zajmie jej dość długo, ale po ciotuni argumenty spływały. W końcu z westchnieniem zgodziła się i wyłączyła telefon.  

–​​ ​Bardzo​ ​pana​ ​przepraszam…​ ​​–​​ ​zaczęła mówić​ ​w​ ​kierunku​ ​malarza. 

– Słyszałem, musi pani jechać do domu. Żaden problem, ja tu sobie w tym czasie spokojnie skończę. Albo wie pani co? ​– spytał nagle schodząc z drabiny i wycierając ręce w szmatkę.​ ​​–​​ ​Ja​ ​panią​ ​podwiozę,​ ​będzie​ ​dużo​ ​szybciej​ ​niż​ ​tramwajem.  

Justyna zgodziła się z wdzięcznością, złapała torebkę i po chwili byli na ulicy, gdzie stał zaparkowany​ ​niebieski​ ​van​ ​Jana.  

– Wygląda na to, że przy każdym spotkaniu gdzieś mnie pan odprowadza lub odwozi​ – uśmiechnęła​ ​się​ ​dziewczyna,​ ​przełamując​ ​ciszę​ ​w​ ​szoferce.  

– Dla mnie to żaden problem ​– odpowiedział, rzucając na nią szybkie spojrzenie, po chwili jednak znów koncentrując się na drodze za szybą.​– Jaki kod pocztowy?​ – ​spytał jeszcze, ustawiając​ ​GPS.  

– Hmmm, wie pan gdzie jest ta duża Asda w Chadderton? Niech mnie pan tam podwiezie.  

–​​ ​Na​ ​pewno?​ ​​–​​ ​znów​ ​szybkie,​ ​uważne​ ​spojrzenie,​ ​ale​ ​już​ ​nic​ ​więcej​ ​nie​ ​dodał. 

– Tak, stamtąd mam blisko do domu ​– było jej trochę głupio, ale wolała nie pokazywać obcemu facetowi gdzie dokładnie mieszka, ostrożność czy paranoja, wszystko jedno. 

 

Po dość krótkiej podróży, w czasie której wymieniali jakieś luźne uwagi na temat otoczenia czy pracy, znaleźli​ ​się​ ​pod​ ​supermarketem.  

– ​Jeśli to nie potrwa zbyt długo, to mogę na panią zaczekać i odwieźć z powrotem..? ​– zasugerował​ ​Jan. 

– Sama nie wiem, ile to zajmie ​– westchnęła dziewczyna. ​

–​ Wrócę sobie tramwajem, to żaden​ ​problem.​ ​Dziękuję​ ​za​ ​podwiezienie​ ​​–​​ ​powiedziała,​ ​na​ ​pożegnanie​ ​podając​ ​mu​ ​dłoń.  

–​​ ​To​ ​ja​ ​wracam​ ​do​ ​malowania​ ​​–​​ ​co​ ​powiedziawszy, Jan​ ​wskoczył​ ​lekko​ ​do​ ​auta​ ​i​ ​odjechał. Justyna poszła szybkim krokiem w stronę domu, mając nadzieję, że ciocia nie dostała jeszcze​ ​migreny​ ​ze​ ​stresu​ ​oczekiwania.  

***

Kiedy specjalista mówi, że będzie między trzynastą a piętnastą, oczywiste jest, że należy się go spodziewać po szesnastej. Justyna jechała tramwajem wściekła, chciała wziąć taksówkę, ale po telefonie do wujka dowiedziała się, że malarz skończył robotę i sobie poszedł, nie było więc sensu nadmiernie się spieszyć. Chciała jednak obejrzeć robotę jeszcze dziś, nie mogła z tym czekać do jutra. Czuła się głupio, bo nie zapłaciła facetowi, a nie chciała, żeby poczuł się przez nią oszukany. Może zostawił w sklepie wizytówkę albo numer telefonu? Co prawda wujek mówił, że nie, ale przecież mógł przeoczyć. Tramwaj wlókł się niemiłosiernie, a na każdym przystanku wsiadała co najmniej setka ludzi, i to w ślimaczym tempie. W końcu jej stacja. Wysiadła i po kilkuminutowym marszu stała w drzwiach sklepu. Przywitała się szybko z wujkiem i prawie pobiegła do swojej części, obejrzeć odnowione pomieszczenie. Spojrzała i oniemiała,​ ​stojąc​ ​i​ ​gapiąc​ ​się​ ​jak​ ​przysłowiowy​ ​wół​ ​na​ ​malowane​ ​nie​ ​wrota,​ ​a​ ​ściany.  

 

 

 

Justyna próbowała dodzwonić się do malarza jeszcze tego samego wieczoru. Po kilkukrotnym wysłuchaniu nagranej przez niego automatycznej wiadomości (“Witam, tu Jan Tyrowicz, chwilowo nie mogę odebrać, proszę zadzwonić później”) poddała się, ze względu na późną porę, i poprzestała na wysłaniu smsa “Witam, tu Justyna Chorzelska, chciałabym się spotkać w celu zapłaty”. Podobną wiadomość nagrała również na automatyczną sekretarkę, ale nie​ ​doczekała​ ​się​ ​żadnej​ ​odpowiedzi.  

***

Przyszedł jednak następnego dnia rano, niedługo po otwarciu sklepu. Wszedł trochę niepewnie,​ ​ale​ ​na​ ​widok​ ​jej​ ​przyjacielskiego​ ​uśmiechu​ ​przyspieszył​ ​kroku.  

– Czemu nie odbierał pan telefonu, ani nie odpowiedział na wiadomość? ​– spytała dziewczyna,​ ​po​ ​dość​ ​oficjalnym​ ​powitaniu.  

– Przepraszam ​– wyglądał na autentycznie zakłopotanego. ​– Wczoraj wieczorem wyłączyłem​ ​telefon​ ​w​ ​kinie​ ​i​ ​szczerze​ ​mówiąc,​ ​zapomniałem​ ​włączyć​ ​z​ ​powrotem.  

– To film musiał być bardzo zajmujący, albo był pan w tak miłym towarzystwie, że aż zapomniał o telefonie​ – rzuciła Justyna lekko i natychmiast prawie pożałowała, gdyż przez twarz  jej rozmówcy przemknął szybki cień, jakby słońce jego uśmiechu zasłoniła na chwilę chmura smutku lub goryczy.

​– Ja bym nie mogła, obawiam się, że jestem uzależniona -​– dodała szybko, próbując​ ​zatrzeć​ ​przykre​ ​wrażenie,​ ​jakie​ ​najwyraźniej​ ​wywarły​ ​jej​ ​słowa.  

– Faktycznie, teraz łatwo uzależnić się od techniki ​– roześmiał się i wreszcie nakierował rozmowę​ ​na​ ​właściwe​ ​tory.  

– Nie ma pani nic przeciwko tej malarskiej samowolce? ​– wskazał złote pola i błękitne niebo.  

–​​ ​Żartuje​ ​pan?​ ​To​ ​jest​ ​arcydzieło!​ ​​–​​ ​podziw​ ​w​ ​jej​ ​głosie​ ​był​ ​szczery. 

– Zabrakło błękitu na drugą warstwę, a miałem trochę zbędnych farb w aucie, więc pokusiłem się o ten pejzaż, z postanowieniem, że zamaluję wszystko na własny koszt, jeśli będzie pani niezadowolona. Ale… ​– chwilę się zawahał, jakby nie chciał powiedzieć zbyt dużo. Wziął​ ​głęboki​ ​oddech​ ​i​ ​kontynuował​ ​​–​​ ​…ale​ ​byłem​ ​prawie​ ​pewien,​ ​że​ ​to​ ​w​ ​pani​ ​stylu.  

– To widać zna mnie pan lepiej niż myślałam ​– w przyjaznym głosie kryła się maluteńka nutka​ ​podejrzliwości. 

– Owszem ​– odpowiedział, ale na jej otwarcie pytający wzrok, odwrócił oczy w kierunku swojego​ ​dzieła.​ ​Justyna​ ​spojrzała​ ​również​ ​i​ ​nagle​ ​coś​ ​jej​ ​przyszło​ ​do​ ​głowy. 

–​​ ​O​ ​nie…​ ​​–​​ ​jęknęła. 

–​​ ​Co​ ​się​ ​stało?​ ​​–​​ ​jego​ ​twarz​ ​spoważniała. 

– Ja… nie mam serca panu tego powiedzieć… Ten cudowny pejzaż zostanie i tak w większości​ ​zakryty​ ​przez​ ​półki… 

– I tylko o to chodzi?​– roześmiał się z ulgą. ​– Przynajmniej pani będzie wiedziała, co się kryje​ ​pod​ ​spodem.​ ​Zresztą,​ ​jakie​ ​pani​ ​ma​ ​te​ ​półki​ ​i​ ​jak​ ​chce​ ​je​ ​rozmieścić?  

Pokazała mu plany urządzenia sklepu, obejrzał, wyraził kilka uwag, a na koniec powiedział: 

– Wie pani co? Pomogę pani z tymi półkami jeśli pani chce, tylko trochę później, teraz ​– zerknął na zegarek na przegubie ​– muszę jechać na robotę, tu w Manchesterze. Powinienem być wolny​ ​około​ ​czternastej,​ ​jeśli​ ​oczywiście​ ​chce​ ​i​ ​może​ ​pani​ ​tyle​ ​czekać? 

Justyna odpowiedziała, że będzie jej miło skorzystać z pomocy i porad fachowca, i zapłaciła za malowanie. Ku jej zdziwieniu, ale i sekretnej uldze, nie przyjął od niej nic ponad ustaloną wcześniej stawkę, mówiąc, że to była jego własna inicjatywa i twórcza przyjemność, więc​ ​ona​ ​nie​ ​powinna​ ​nic​ ​za​ ​to​ ​dopłacać.  

Po jego wyjściu Justyna zabrała się za podstawowe przygotowania, wyszorowała na wysoki połysk swoją oszkloną ladę, przytargała z zaplecza drewniane półki, gwoździe, haki i wiertarkę, przyniosła i ustawiła pod ścianą pudła z towarem. Gdy wszystko było gotowe, zjadła szybki lunch z pobliskiego chicken shopu i rozsiadła się na krześle z robótką, sprawdzając co               chwilę godzinę i czekając na Jana. Martwiło ją, ile na koniec wyniesie jego pomoc, ale jeśli urządzał sklepy tak jak malował, prawdopodobnie był wart poświęcenia na niego wszystkiego, co zostało jej z budżetu. A i samo towarzystwo gadatliwego malarza wydawało się miłą perspektywą.  

 

 

 

 

  

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *