Maria Różańska – NAD WEŁNEM – Rozdział 17 – 2/2 OSTATNI


NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, Uncategorized, ZWOOLNIJ / środa, 9 marca, 2022

Dziś ostatni rozdział – dziękujemy ci, za cały wspólnie spędzony czas!

Rozdział 17 – 2/2

Nadszedł wielki dzień, przynajmniej dla Justyny i jej kuzyna. Umówili się, że zapoznają rodzinę ze swoimi partnerami przy tej samej okazji, żeby zminimalizować zaskoczenie i rozłożyć wszelkie gadanie i marudzenie od razu na dwoje. Urządzili wystawny, niedzielny obiad, zapowiadając​ ​bliskim​ ​gości. Było jeszcze dość wcześnie, Justyna krzątała się po kuchni, kończąc przyrządzać sałatki i pilnując dopiekającego się kurczaka. Fartuszek, którego zwykle nie używała, dziś miała zarzucony na długą bordową sukienkę, ozdobioną kołnierzykiem i mankietami własnej roboty. Wyjęła z szafek naczynia i zaniosła do salonu, żeby ustawić je na stole w sposób elegancki i wysublimowany. Nie była pewna, do jakich norm przywykła Rosie i postanowiła jak najlepiej się postarać. Uparła się też, żeby przygotować wszystko sama, a reszta rodziny przystała na to bez problemu. 

Spojrzała na telefon, leżący na okrytym białym obrusem stole i stwierdziła z lekkim przestrachem, że do godziny Z jak Zapoznanie i Zaręczyny zostało tylko pięć minut. Właśnie wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Chciała pobiec otworzyć, ale po chwili uznała, że nie jest jedyną osobą w tym domu, a poza tym kurczak prawdopodobnie bardziej wymaga w tej chwili jej uwagi. Gdy wyciągała go z piekarnika, ktoś wszedł do kuchni. Odwróciła się z brytfanną w kierunku drzwi i mało nie upuściła gorącego drobiu na widok swojego przyszłego męża. Miał na sobie garnitur, na twarzy jak zawsze uśmiech, a w oczach błyskało coś filuternego. Jeśli to możliwe, wydawał jej się jeszcze przystojniejszy niż do tej pory. On też był pod wrażeniem jej wyglądu,​ ​dziś​ ​naprawdę​ ​się​ ​postarała​ ​z​ ​doborem​ ​stroju,​ ​fryzury,​ ​makijażu​ ​i​ ​dodatków. 

–​​ ​Uwielbiam​ ​cię​ ​w​ ​tych​ ​długich​ ​sukniach​ ​​–​​ ​wymruczał​ ​jej​ ​do​ ​ucha​ ​zamiast​ ​powitania.

– A bez nich? ​– spojrzała mu w oczy, uśmiechając się przy tym, bynajmniej nie niewinnie.

Zamiast odpowiedzi chciał ją pocałować, ale nadział się brzuchem na wciąż trzymaną przez nią brytfannę z pachnącym apetycznie kurczakiem. To otrzeźwiło ich oboje, Justyna odstawiła parujący drób na blat kuchni, a Jan po upewnieniu się, że na pewno nie przyda się    jego pomoc, został wysłany do salonu, gdzie powoli zbierali się już wszyscy uczestnicy dzisiejszego obiadu. Witek przedstawił rodzicom i siostrze Jana Tyrowicza, a wkrótce i przybyłą Rosamund Keerwood, która siedziała teraz cicho na krześle, odpowiadając tylko na jakieś grzeczne uwagi Leny. Justyna zaczęła wnosić potrawy, Jan nie wytrzymał i zerwał się pomagać, także​ ​wkrótce​ ​wszyscy​ ​jedli,​ ​zajmując​ ​się​ ​przy​ ​tym​ ​luźną​ ​rozmową.  Dopiero przy deserze Justyna nie wytrzymała i, porozumiawszy się wzrokiem z narzeczonym,​ ​odezwała​ ​się​ ​na​ ​tyle​ ​głośno,​ ​żeby​ ​usłyszała​ ​ją​ ​zajęta​ ​herbatą​ ​i​ ​szarlotką​ ​rodzina. 

– Pan Tyrowicz to dla mnie ktoś więcej niż przyjaciel ​– odpowiedziała na jakąś luźną uwagę ciotki o zaproszeniu dziś tak miłych przyjaciół. Dwie kobiece, zielone pary oczu, spojrzały uważniej​ ​na​ ​wysoką​ ​postać​ ​malarza.

–​​ ​Chłopak?​ ​​–​​ ​rzuciła​ ​zaciekawiona​ ​Lenka. 

– Więcej ​– odparła Justyna, pozornie obojętnie, ale demonstracyjnie wkładając na palec wskazujący prawej ręki otrzymany przed kilku dniami pierścionek. Obręcz z białego złota obejmowały z dwóch stron po trzy malutkie, niewiele od niej grubsze listki, między nimi delikatne płatki mające odwzorowywać otwartą różę, otulały niewielki, krwiście czerwony rubin. Ciotka i kuzynka​ ​natychmiast​ ​pochyliły​ ​się​ ​nad​ ​nim,​ ​a​ ​i​ ​Rosie​ ​przesunęła​ ​się​ ​bliżej,​ ​żeby​ ​lepiej​ ​widzieć.

– Zaręczyłaś się ​– zauważyła początkowo z entuzjazmem ciotka i zupełnie inaczej spojrzała na Jana. Była w tym wzroku sympatia, ale i sporo podejrzliwości. Dziewczyna skinęła tylko​ ​głową​ ​rozpromieniona,​ ​a​ ​Jan​ ​dodał. 

–​​ ​Tak,​ ​chcemy​ ​się​ ​pobrać. 

– Ale kiedy? Czy to nie za szybko? Gdzie będziecie mieszkać? Mówił pan, że czym na stałe się zajmuje? Ma pan tu jakąś rodzinę? ​

– Jan wyglądał na lekko skołowanego tym nagłym gradem pytań, a Justyna nie mogła się nadziwić niekonsekwencji ciotuni. Gdyby Zygmunt lub Rosen wpadli tu z zamiarem natychmiastowego małżeństwa, Emilia nie tylko pobłogosławiłaby taki​ ​związek,​ ​​ ​ale​ ​najchętniej​ ​siłą​ ​popchnęłaby opierającą​ ​się​ ​dziewczynę​ ​w​ ​ramiona​ ​amanta. 

–​​ ​Justynko,​ ​ty​ ​chyba​ ​nie​ ​jesteś​ ​już​ ​w​ ​ciąży​ ​i​ ​stąd​ ​ten​ ​pośpiech?​ ​​–​​ ​zakończyła​ ​ciotka.

Justyna zamarła, a podejrzany o czyn powołania już do życia małego Tyrowiczątka, zmieszał​ ​się​ ​strasznie. 

– Nie jestem ​–​- powiedziała dziewczyna głośno, patrząc ciotce prosto w oczy. ​– Kochamy​ ​się​ ​i​ ​chcemy​ ​być​ ​razem,​ ​czy​ ​to​ ​takie​ ​dziwne? 

– Po takich okazjach, jakie miałaś, chcesz wyjść za malarza? ​– ciotka nie kryła rozczarowania i ironii, a zapytana na chwilę zastygła w bezruchu i zerknęła niepewnie na wybranka,​ ​ten​ ​jednak​ ​zachował​ ​twarz​ ​pokerzysty. 

–​​ ​Nie​ ​za​ ​malarza​ ​​–​​ ​zaprzeczyła​ ​​–​​ ​tylko​ ​za​ ​porządnego​ ​człowieka. 

– Jak sobie chcesz ​– poddała się ciotka. ​– Taka jesteś wybredna, że to i tak cud, że kogoś​ ​sobie​ ​znalazłaś. 

– A co to za cud ​– odezwał się nagle swoim niskim głosem Benedykt ​– że odrzuciła dwóch wałkoni, a chce poślubić uczciwego, pracowitego chłopaka? I nie widzę też cudu w tym, że​ ​on​ ​zakochał​ ​się​ ​w​ ​naszej​ ​Justynce. 

Dziewczyna spojrzała na wuja z wdzięcznością. Wiedziała, że rodzina nie może jej niczego zabronić, ale obawiała się tego całego gadania, którego teraz oboje musieli wysłuchiwać. Ponieważ jednak oboje z Janem byli tradycjonalistami, uznali, że wypada urządzić takie oficjalne zapoznanie. Widząc, że ciotka otwiera już usta do kolejnej uwagi, postanowiła rzucić​ ​kuzyna​ ​na​ ​pożarcie. 

–​​ ​Wituś,​ ​może​ ​dość​ ​już​ ​o​ ​nas,​ ​czas​ ​na​ ​twój​ ​​coming out.

– Jesteś gejem? ​– spytała głośno Lenka, patrząc na brata znów z tą mieszaniną zaskoczenia i podziwu. Rosie też nagle spojrzała na niego jakby niepewnie. Rozmowa toczyła się co prawda od dłuższej chwili po polsku, ale niektóre słowa brzmią podobnie w obu językach. Witold​ ​rzucił​ ​siostrze​ ​tylko​ ​spojrzenie,​ ​mówiące​ ​wyraziście:​ ​”Idiotka!”​ ​i​ ​wstał​ ​z​ ​krzesła. 

– Chciałbym wam tylko oznajmić ​– zaczął po angielsku ​– że obecna tu Rosamund Keerwood jest moją dziewczyną, bardzo się kochamy i planujemy wspólną przyszłość​– po tym oświadczeniu usiadł z powrotem, do stołu, pełnego filiżanek z dawno zapomnianą i ostygłą herbatą. 

–​​ ​I​ ​ty​ ​też​ ​już​ ​zdążyłeś​ ​się​ ​oświadczyć?​ ​​–​​ ​spytał​ ​z​ ​lekką​ ​ironią​ ​jego​ ​ojciec.  

– Jeszcze nie ​– przyznał chłopak, podnosząc wysoko głowę ​– ale może to nastąpić niebawem​ ​​–​​ ​dodał,​ ​patrząc​ ​z​ ​czułością​ ​na​ ​zmieszaną​ ​i​ ​zarumienioną​ ​nagle​ ​Rosie. 

– A co na to jej rodzice? ​– indagował dalej wuj, ignorując nagłe narzekania żony, że to za​ ​dużo​ ​wrażeń​ ​dla​ ​niej,​ ​jak​ ​na​ ​jeden​ ​raz. 

– Rozmawialiśmy z jej mamą wczoraj, to znaczy nie o zaręczynach, tylko ogólnie o nas. Chyba​ ​mnie​ ​polubiła​ ​​–​​ ​powiedział​ ​Witek. 

– Nie chyba, tylko na pewno ​– odezwała się żywo po raz pierwszy od dłuższej chwili Rosamund. ​– Cieszy się, że jestem z kimś porządnym i dobrym, opowiadałam jej wiele o tobie. No​ ​i​ ​jesteś​ ​krewnym​ ​Justyny,​ ​którą​ ​też​ ​lubi. 

–​​ ​To​ ​ty​ ​znasz​ ​jej​ ​matkę?​ ​​–​​ ​zwrócił​ ​się​ ​wuj​ ​z​ ​pytaniem​ ​do​ ​Justyny. 

– Tak, to Mary, której firma pomaga mi z marketingiem. A właśnie, wujku, oni mają świetną ofertę i są naprawdę skuteczni. Ja powoli myślę o przeniesieniu sklepu w większe miejsce.​ ​Może​ ​i​ ​ciebie​ ​z​ ​nimi​ ​umówić? 

– No nieee, najpierw mezalianse, potem interesy, głowa mnie rozbolała, idę się położyć – oznajmiła dramatycznie Emilia, wstając gwałtownie od stołu i kierując się w stronę swojej sypialni, przyciskając jednocześnie wypielęgnowane dłonie do skroni. Jej córka walczyła z chęcią zostania przy stole i słuchania dalszej dyskusji, ale w końcu, jak zawsze, pobiegła za matką.

– Czekaj tylko, aż twoja mama się dowie, kto jest wujkiem Rosie ​– powiedziała cicho Justyna​ ​do​ ​kuzyna.​ ​​–​​ ​Zaraz​ ​sama​ ​przegoni​ ​biedną​ ​dziewczynę​ ​po​ ​salonach​ ​ślubnych.

– A idźcie ​– machnął w tym czasie ręką w kierunku żony i córki Benedykt.​– A z wami​– tu zwrócił się w kierunku dwóch siedzących par ​– mogę teraz porozmawiać na spokojnie, jak wyobrażacie​ ​sobie​ ​przyszłość.  

***

 –​​ ​Bardzo​ ​było​ ​źle?​ ​​–​​ ​spytała​ ​lekko​ ​skruszona​ ​Justyna,​ ​gdy​ ​byli​ ​już​ ​tylko​ ​we​ ​dwoje. 

Wieczór był ciepły i piękny, w majowym powietrzu unosiła się woń kwiatów i zapowiedź gorącego​ ​lata,​ ​postanowili​ ​więc​ ​wybrać​ ​się​ ​na​ ​spacer​ ​po​ ​parku.

– No co ty​– zaprzeczył Jan.​– Twoja ciotka owszem, zaskoczyła mnie trochę, ale widać, że jej na tobie zależy. Na jej sposób zapewne… Twój wujek to wspaniały człowiek, musisz przyznać,​ ​że​ ​dał​ ​nam​ ​kilka​ ​cennych​ ​rad. 

– Mówiłam ci, że jest dla mnie jak ojciec. Choć tego biologicznego też wypadałoby zawiadomić.​ ​Właśnie,​ ​a​ ​rozmawiałeś​ ​już​ ​ze​ ​swoją​ ​mamą?

Jan​ ​w​ ​odpowiedzi​ ​roześmiał​ ​się​ ​głośno.

– Wczoraj przez Skype’a. Jest przeszczęśliwa, że syn wreszcie się ustatkuje, no i liczy na wnuki. Ciebie widziała raz, ale polubiła bardzo. Już szuka biletów, na ślub przyjedzie na pewno.​ ​Tylko​ ​kiedy?​ ​​–​​ ​tu​ ​spojrzał​ ​pytająco​ ​na​ ​Justynę.

–​​ ​Co​ ​kiedy?

–​​ ​Kiedy​ ​ustalimy​ ​datę​ ​i​ ​zaczniemy​ ​przygotowania?

–​​ ​Teraz,​ ​zaraz?​ ​​–​​ ​zaproponowała,​ ​patrząc​ ​mu​ ​w​ ​oczy.

– Trochę za wcześnie ​– odpowiedział i roześmiał się na widok jej lekko rozczarowanej miny. ​– Zaczekajmy z tym powiedzmy… do jutra? Dzwoniłem do ​registry office już w piątek. Masz​ ​na​ ​poniedziałek​ ​jakieś​ ​plany?

–​​ ​Siedzenie​ ​w​ ​sklepie,​ ​szydełkowanie​ ​i​ ​myślenie​ ​o​ ​tobie.  

– Znajdziesz w tym napiętym harmonogramie chwilę, na skoczenie ze mną do urzędu i zarezerwowanie​ ​terminu?

– Chyba dam radę się dostosować ​– odpowiedziała, patrząc na niego z takim uśmiechem,​ ​że​ ​po​ ​prostu​ ​musiał​ ​wziąć​ ​ją​ ​w​ ​ramiona​ ​i​ ​namiętnie pocałować. 

 

 KONIEC

Poprzednie części znajdziesz tutaj: 

Rozdział 1 

Rozdział 2 

Rozdział 3 - 1/2 

Rozdział 3 - 2/2 

Rozdział 4 

Rozdział 5 

Rozdział 6 

Rozdział 7  

Rozdział 8 - 1/2 

Rozdział 8 - 2/2

Rozdział 09

Rozdział 10 - 1/2

Rozdział 10 - 2/2

Rozdział 11

Rozdział 12 - 1/2

Rozdział 12 - 2/2

Rozdział 13 - 1/2

Rozdział 13 - 2/2

Rozdział 14 - 1/3

Rozdział 14 - 2/3
Rozdział 14 - 3/3

Rozdział 15 

Rozdział 16 - 1/2

Rozdział 16 - 2/2

Rozdział 17 - 1/2

  

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.