Maria Różańska – NAD WEŁNEM – Rozdział 16 – 1/2 – Historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, Uncategorized, ZWOOLNIJ / wtorek, 25 stycznia, 2022

Dziś o rodzinnych powiązaniach, sekretnych związkach, zdradliwie śliskich kamieniach i prezencie od serca 😉

Rozdział 16 – 1/2

Wstali oboje z Witoldem wcześnie rano i po pośpiesznym śniadaniu załadowali się razem z torbami do auta. Witek ubrany praktycznie, w dżinsy, bluzę z kapturem i kurtkę, trochę kręcił nosem na jej strój, ale powiedziała mu, że w razie potrzeby inne ciuchy ma w torbie. Zawsze​ ​może​ ​gdzieś​ ​się​ ​przebrać,​ ​gdyby​ ​była​ ​taka​ ​potrzeba. 

– Najpierw jedziemy po moją koleżankę, a potem prosto do Ashton ​– poinformował chłopak, gdy Justyna zapinała pasy. Trochę im zeszło, gdyż koleżanka mieszkała na obrzeżach Manchesteru. Witold zatrzymał się pod ładnym, dużym, dwupiętrowym domem i puścił sygnał telefonem. Po kilku minutach w drzwiach wejściowych pojawiła się drobna blondynka z plecakiem. Długie włosy zaplecione miała w warkocz, ubrana była podobnie jak Witek, i Justyna nagle zawstydziła się swojej długiej sukienki, będzie tam wyglądać jak wystrojona idiotka. Trzeba będzie prędko się przebrać, gdy dojadą na miejsce.

Tymczasem Witold z dumą przedstawiał​ ​jej​ ​nową​ ​pasażerkę: 

–​​ ​To​ ​Rosamund​ ​Keerwood,​ ​moja​ ​dziewczyna. 

Justynę​ ​zdziwiła​ ​nie​ ​tyle​ ​informacja,​ ​co​ ​nazwisko,​ ​które​ ​właśnie​ ​usłyszała. 

–​​ ​Keerwood?​ ​​–​​ ​powtórzyła.​ ​​–​​ ​Przypadkiem​ ​twoją​ ​mamą​ ​nie​ ​jest​ ​Mary? 

–​​ ​Owszem​ ​​–​​ ​przytaknęła​ ​zapytana. 

–​​ ​A​ ​wujkiem​ ​Theodore​ ​Rosen?

–​​ ​Zgadza​ ​się. 

–​​ ​Otaczają​ ​mnie​ ​Keerwoody​ ​​–​​ ​westchnęła​ ​Justyna.​ ​​–​​ ​Powiedz​ ​mi,​ ​Rosamund…

–​​ ​Mów​ ​mi​ ​Rosie​ ​​–​​ ​wtrąciła​ ​dziewczyna. 

–​​ ​Powiedz​ ​mi,​ ​Rosie,​ ​czy​ ​dużą​ ​masz​ ​rodzinę?

–​​ ​Nie​ ​bardzo,​ ​jeszcze​ ​tylko​ ​ojciec​ ​i​ ​siostra,​ ​no​ ​i​ ​rodzice​ ​Teddy’ego.​ ​Czemu​ ​pytasz? 

– Tak sobie, jedźmy już ​– powiedziała Justyna słabo i domyślnie przesiadła się na tylne siedzenie, żeby zrobić miejsce koło kierowcy dla jego dziewczyny. Przez większość drogi rozmawiały i Justyna naprawdę polubiła córkę Mary. Rosie była inteligentna, zabawna, śliczna i wpatrzona​ ​w​ ​Witolda​ ​jak​ ​w​ ​obrazek. 

– Słuchaj, czemu ty taki skarb przed nami ukrywałeś? ​– spytała po polsku Witka, gdy Rosamund​ ​przysnęła.

– Znasz moją mamę i siostrę? ​– odpowiedział pytaniem. ​– Wyobrażasz sobie ich gadanie,​ ​wtrącanie​ ​się​ ​i​ ​tak​ ​dalej?​ ​Sama​ ​miałaś​ ​próbkę​ ​zaledwie​ ​wczoraj,​ ​z​ ​tego​ ​co​ ​mi​ ​mówiłaś. 

–​​ ​Ale​ ​nie​ ​możecie​ ​ukrywać​ ​się​ ​wiecznie,​ ​to​ ​bez​ ​sensu.​ ​A​ ​Mary​ ​o​ ​was​ ​wie?

– Też jeszcze nie, ale chyba się czegoś domyśla. Najpierw pójdziemy do niej, a potem będzie​ ​trzeba​ ​do​ ​nas​ ​​–​​ ​westchnął. 

– Powiedz najpierw tacie ​– poradziła Justyna. ​– Zrozumie cię przecież, a i ulży mu, gdy pozna powód, dla którego nie ma cię nigdy w domu. To go martwi, bo myśli, że włóczysz się gdzieś​ ​z​ ​kolegami​ ​i​ ​marnujesz​ ​czas,​ ​mówił​ ​mi​ ​o​ ​tym. 

– Dobrze, z tatą porozmawiam dziś po powrocie ​– postanowił Witold, skręcając w kierunku​ ​Ashton-under-Lyne.  

*** 

Zaparkowali pod rzędem bliźniaczo podobnych brytyjskich domków i Witold kolejny raz puścił sygnał telefonem. Z jednego z domów wysypały się cztery osoby ​– dwóch chłopaków, dziewczyna i mężczyzna, a po chwili z domu obok wyszły trzy osoby, dobrze Justynie znane. Wszyscy​ ​zaczęli​ ​się​ ​ze​ ​sobą​ ​witać​ ​i​ ​zrobiło​ ​się​ ​lekkie​ ​zamieszanie. 

– Cześć blogerko ​– powitała Justynę Elka, również ubrana w sukienkę, ale o wiele praktyczniejszą na ten rodzaj wyprawy. ​– Mogę chyba mówić na “ty”, skoro Aneta może, a jest ode mnie całe dwa lata młodsza? ​– i nie czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie, kontynuowała. ​– A to są moi bracia, Julian i Adam ​– tu podali Justynie ręce dwaj chłopcy, starszy, rudy jak jego ojciec, Julek, którego znała z widzenia i trochę od niego młodszy,               czarnowłosy​ ​Adam​ ​o​ ​poważnej​ ​twarzy. 

– Super, że z nami jedziesz! ​– rzuciła się jej na szyję Anetka.

Pan Fabian Bohen oraz Antoni Tyrowicz przywitali się z Justyną uprzejmie, podając jej dłoń. Jan podobnie, ale uścisk jego ręki był dla niej zupełnie innym doświadczeniem. Widziała na jego twarzy uśmiech, a w oczach​ ​podziw. 

– ​Ślicznie wyglądasz ​– szepnął jej jeszcze do ucha, gdy mijali się w drodze do swoich aut. Zarumieniła się jak pensjonarka i popatrzyła za nim roziskrzonym wzrokiem. Postanowiła, że choćby miała się potykać o swoją długą, błękitną sukienkę w delikatny różany motyw, a rozpuszczone​ ​włosy​ ​zaplątywać​ ​w​ ​gałęzie​ ​drzew,​ ​nie​ ​przebierze​ ​się​ ​za​ ​żadne​ ​skarby. 

***

 Droga dłużyła jej się niesamowicie, mimo widoków zza szyby i miłego towarzystwa. Pewnie miał na to wpływ fakt, że Justyna chciała być już na miejscu, nie tylko żeby oglądać widoki Lake District, ale i czyjąś wysoką postać. Mieli auto Tyrowicza cały czas przed oczami, gdyż jechał jako pierwszy, po nim Witek z dziewczynami, a na końcu Elka z ojcem i braćmi. Pan Bohen uznał, że zabierze się razem z dziećmi, żeby dotrzymać towarzystwa Antoniemu, ale prawdziwym powodem jego udziału w wycieczce był brak zaufania do Julka, jeśli chodzi o prowadzenie​ ​samochodu​ ​na​ ​tak​ ​długiej,​ ​jego​ ​zdaniem,​ ​trasie. Justyna prawie nie brała udziału w rozmowie w aucie, wciąż obserwowała jadącego przed nimi vana i doświadczała dziwnych uczuć. To było cudowne mieć Jana tak blisko, prawie na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie niemożność widzenia go, mimo tej pozornej bliskości, przyprawiała jej serce prawie o rozpacz. Nie mogła się doczekać, aż dotrą na miejsce. Próbowała się zdrzemnąć, żeby skrócić czas oczekiwania, ale sen nijak nie nadchodził. W końcu wyciągnęła z torebki zabraną na drogę książkę, ale mimo przeczytania wielu stron, nie miała​ ​potem​ ​pojęcia,​ ​o​ ​co​ ​właściwie​ ​w​ ​niej​ ​chodziło. 

Prawie dwugodzinna podróż dobiegła wreszcie końca. Auta zatrzymały się na parkingu, a ich pasażerowie powysiadali, z ulgą rozprostowując zdrętwiałe ręce i nogi. Pozabierali torby, plecaki i wyruszyli ścieżką w kierunku ukrytych w lesie ruin dawnego młyna. Część z nich znała to​ ​miejsce,​ ​przyjeżdżali​ ​tu​ ​czasem​ ​na​ ​wycieczki​ ​i​ ​pikniki.  Po krótkim marszu Justyna usłyszała szum wody i jej oczom ukazał się wodospad. W dole sączył się strumień, w górze kipiała przelewająca się woda, a całość otoczona była malowniczymi skałami i drzewami, umieszczonymi ręką natury wśród cieszącej oko świeżą zielenią majowej trawy. Dziewczyna postanowiła przejść na drugą stronę potoku i nie była w tym zamiarze odosobniona. Młodzi Bohenowie i Aneta już przełazili po kamieniach i pryskali się dla żartu wodą.

Justyna ruszyła ich śladem, ostrożnie stawiając obute w płaskie buty stopy na głazach. Jan szedł tuż za nią, gotów pomóc w razie potrzeby. Nie wiadomo, czy sprawiła to jego bliskość, czy zdradziecka śliskość mokrego kamienia, w każdym razie będąc już prawie na suchym gruncie, dziewczyna potknęła się nagle i pewnie wpadłaby do wody, gdyby idący za nią mężczyzna jej nie podtrzymał. Nie poprzestał na tym, ale mocnym ruchem wziął ją na ręce, jednym, długim krokiem​ ​przeszedł​ ​na​ ​drugi​ ​brzeg​ ​i​ ​postawił​ ​ją​ ​na​ ​ziemi. 

– Dziękuję​– powiedziała cicho, nagle strasznie zażenowana sytuacją. Miała nadzieję, że reszta towarzystwa tego nie widziała, ale było to naiwne życzenie na tej dość ograniczonej przestrzeni. 

–​​ ​Wszystko​ ​ok?​ ​​–​​ ​spytał. 

– Tak, tylko zmoczyłam sobie trochę sukienkę. To głupie z mojej strony, tak się ubierać, później się przebiorę, mam w torbie dżinsy ​– mówiła, wyciskając dół sukienki z nadmiaru wody.              

Jan wyglądał przez chwilę, jakby chciał jej w tym pomóc, powstrzymał się jednak i powiedział tylko​ ​z​ ​troską:

–​​ ​Żebyś​ ​mi​ ​się​ ​nie​ ​przeziębiła…

– Nic mi nie będzie, zaraz wyschnę ​– odpowiedziała z uśmiechem i poszła w stronę wodospadu, obejrzeć go z bliska, przy czym oczywiście zmoczyła sobie jeszcze rękawy. Było po dziewiątej rano i słońce powoli zaczynało grzać, zapowiadając ciepły, majowy dzień. Liczyła więc​ ​na​ ​to,​ ​że​ ​ciuchy​ ​faktycznie​ ​wyschną,​ ​zanim​ ​dopadnie​ ​ją​ ​katar. 

Antoni i Fabian zaczęli się niecierpliwić wygłupami młodzieży chlapiącej wodą i strzelającej mnóstwo fotek, Jan i Justyna również wrócili już na ścieżkę i czekali na resztę. Po chwili udało się zebrać wszystkich razem i ruszyli dalej w górę wodospadu. Znaleźli się w końcu w zacienionym zakątku, trochę powyżej kamiennego kompleksu ruin, będących kiedyś w pełni sprawnym młynem. Po lewej stronie mieli zieleniące się pastwiska i widok na odległą wioskę, w dole szumiał rozlany szeroko strumień z przejrzyście czystą wodą. Justyna poczuła się urzeczona​ ​pięknem​ ​i​ ​ciszą​ ​tego​ ​miejsca​ ​oraz​ ​szczęśliwa​ ​bliskością​ ​życzliwych​ ​jej​ ​ludzi. Ze względu na wczesną porę, o której wyruszyli, nikt nie zjadł w domu porządnego śniadania, także teraz wszyscy byli dość głodni. Prędko rozłożono piknikowy koc, na którym pojawiły się kanapki, jajka na twardo, ciasto oraz termosy z kawą i herbatą ​– już wcześniej umówili się, kto co przywiezie. W czasie śniadania trwała rozmowa na wiele głosów, trochę po polsku, trochę po angielsku, ze względu na Rosamund. Widać było, że wszyscy obecni znają się​ ​świetnie​ ​i​ ​dobrze​ ​ze​ ​sobą​ ​czują,​ ​wkrótce​ ​też​ ​Justyna​ ​i​ ​Rosie​ ​poczuły​ ​się​ ​częścią​ ​tej​ ​grupy.

Młodych ludzi ciężko jednak utrzymać długo w jednym miejscu. Bracia Bohen z Janem poszli zobaczyć, co jeszcze ciekawego jest w ruinach, Ela z Anetą postanowiły przejść się wzdłuż strumienia i pogadać, a Justyna im towarzyszyła. Witold i Rosie również gdzieś zniknęli. Na​ ​kocu​ ​zostali​ ​tylko​ ​Antoni​ ​z​ ​Fabianem,​ ​pierwszy​ ​o​ ​czymś​ ​rozmyślając,​ ​drugi​ ​drzemiąc.  

***

 Jan podszedł do Justyny tak niepostrzeżenie, że pogrążona w dyskusji zauważyła go dopiero,​ ​gdy​ ​dotknął​ ​jej​ ​ramienia. 

–​​ ​Chciałbym​ ​ci​ ​coś​ ​pokazać​ ​​–​​ ​powiedział​ ​cicho.​ ​​–​​ ​Pójdziesz​ ​ze​ ​mną? 

– Tak, tylko pozwól, że najpierw zabiorę coś z torby​– odpowiedziała myśląc, że właśnie nadarza​ ​się​ ​świetna​ ​okazja,​ ​na​ ​to,​ ​co​ ​dziś​ ​planowała.  

– Co to? ​– ​spytał, patrząc na sporych rozmiarów paczkę, owiniętą w reklamówkę z Tesco. 

– Zobaczysz ​– uśmiechnęła się i podążyła za nim ścieżką mijającą młyn i wspinającą się jeszcze​ ​wyżej,​ ​w​ ​górę​ ​wodospadu.  Dotarli do miejsca obłożonego zmurszałymi głazami, z którego widać było w dole całą okolicę. Strumień wodospadu, tu o wiele cieńszy, wypływał z większą mocą spośród kamieni. Justyna zapatrzyła się na krajobraz, na wygłupiających się w dole troje Bohenów i Anetę, i na znajdujących się na kocu dwóch mężczyzn. Nie uszedł jej uwagi również widok Witka i Rosie, siedzących na uboczu w czułym uścisku i najwyraźniej rozmawiających, z głowami pochylonymi            ku​ ​sobie.​ ​Dopiero​ ​głos​ ​Jana​ ​wyrwał​ ​ją​ ​z​ ​zamyślenia,​ ​które​ ​ją​ ​ogarnęło. 

–​​ ​Ja…​ ​chciałbym​ ​ci​ ​to​ ​dać. 

Odwróciła się z powrotem w jego kierunku i spostrzegła, że trzymał coś w ręce. Gdy podeszła bliżej, włożył jej w dłoń coś miękkiego i niezaprzeczalnie wełnianego. Przyjrzała się i zobaczyła dużą, czerwoną różę, otoczoną trzema zielonymi listkami i przytwierdzoną do gumki do​ ​włosów,​ ​również​ ​owiniętej​ ​ciasno​ ​włóczką​ ​w​ ​kolorze​ ​liści. 

–​​ ​Sam​ ​ją​ ​zrobiłeś?​ ​​–​​ ​spytała.

– Według twojego wzoru na blogu, tylko użyłem większego szydełka. Mówiłem, że świetnie​ ​tłumaczysz.

–​​ ​Jest​ ​cudna,​ ​dziękuję​ ​​–​​ ​powiedziała​ ​dziewczyna,​ ​szczerze​ ​wzruszona. 

– Cudnie to będzie wyglądać dopiero na twoich czarnych włosach. Mogę? ​– spytał, robiąc​ ​ruch​ ​w​ ​kierunku​ ​jej​ ​głowy. 

– Proszę ​– odpowiedziała, podając mu ozdobę i stając do niego tyłem.

 

Poprzednie części znajdziesz tutaj: 

Rozdział 1 

Rozdział 2 

Rozdział 3 - 1/2 

Rozdział 3 - 2/2 

Rozdział 4 

Rozdział 5 

Rozdział 6 

Rozdział 7  

Rozdział 8 - 1/2 

Rozdział 8 - 2/2

Rozdział 09

Rozdział 10 - 1/2

Rozdział 10 - 2/2

Rozdział 11

Rozdział 12 - 1/2

Rozdział 12 - 2/2

Rozdział 13 - 1/2

Rozdział 13 - 2/2

Rozdział 14 - 1/3

Rozdział 14 - 2/3
Rozdział 14 - 3/3

Rozdział 15 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.