Maria Różańska – NAD WEŁNEM – Rozdział 14 – 2/3 – Historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, Uncategorized, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / wtorek, 14 grudnia, 2021

Dziś o biologii koników morskich, ważnych rozmowach i niewypowiedzianych wyznaniach 😉

Rozdział 14 – 2/3

Początkowo obojętna na uroki egzotycznych ryb w wystawionych akwariach, Justyna powoli zaczęła mniej myśleć, a więcej patrzeć i zwiedzanie ją wciągnęło. Zobaczyła oczywiście błazenki, czyli słynne Nemo, dzieląc się z Anetą uwagą, że są o wiele mniejsze niż myślała. Meduzy zachwyciły ją swoim dziwnym pięknem i gracją, żółwie niezwykłym majestatem w powolnych ruchach, płaszczki zwinnością, ale królową oceanarium była dla niej wielka ośmiornica – to zwierzę zrobiło na dziewczynie największe wrażenie. Obiecała sobie po powrocie do domu dowiedzieć się jak najwięcej na temat głowonogów. Spodobały jej się również małe, pływające pionowo koniki morskie. Jako nerd musiała oczywiście przeczytać informacje z każdej tabliczki umieszczonej na​ ​akwarium.  

– O, patrzcie, u nich to samiec zachodzi w ciążę i rodzi młode ​– podzieliła się natychmiast​ ​wiedzą​ ​uzyskaną​ ​w​ ​ten​ ​sposób​ ​na​ ​temat​ ​koników​ ​morskich.  

– Szkoda, że tak nie jest u ludzi ​– westchnął Jan, jakby sam do siebie. ​– Już dawno miałbym​ ​swoje​ ​młode. 

– Chcesz mieć dzieci? ​– spytała Justyna, zanim zdążyła pomyśleć, spoglądając na niego zaskoczona i natychmiast przeklinając się w myśli za to idiotyczne pytanie. Musiało zabrzmieć strasznie dwuznacznie, jak propozycja! Jan zerknął na nią i natychmiast spuścił wzrok.  

– Kto by nie chciał w tym wieku? ​– odpowiedział tylko i, jakby zakłopotany, podszedł do następnego akwarium.

Jednak w miarę zwiedzania, im więcej oglądali, tym bardziej powracali oboje do swojego naturalnego zachowania. Gdy wychodzili z ​Manchester Sea Life, mijając sklepik z mniej lub bardziej tandetnymi pamiątkami, rozmawiali już zupełnie swobodnie. To znaczy, jak zwykle, Jan mówił o wiele więcej od dziewczyny. Aneta trzymała się trochę z tyłu i z rzadka brała udział w konwersacji. Gdyby nie wcześniejsza rozmowa w damskiej toalecie, Justyna  nadal​ ​brałaby​ ​ją​ ​za​ ​cichą​ ​i​ ​nieśmiałą​ ​dziewczynkę,​ ​teraz​ ​jednak​ ​wiedziała​ ​lepiej.  

***

– Pewnie jesteście głodne, skoczymy coś zjeść? ​– zaproponował Jan, gdy cała trójka usiadła​ ​już​ ​w​ ​jego​ ​vanie.  

– Mnie odwieź do domu ​– zaoponowała Anetka. ​– Wujek wspominał, że zrobi krupnik, mam​ ​dziś​ ​na​ ​to​ ​smaka​ ​cały​ ​dzień,​ ​nie​ ​chcę​ ​nic​ ​innego. 

–​​ ​To​ ​może​ ​i​ ​ty​ ​wpadniesz​ ​do​ ​nas​ ​na​ ​kolację?​ ​​–​​ ​zaproponował​ ​Jan​ ​Justynie.  

– Nie, dziękuję, też już będę wracać do domu ​– odmówiła z uśmiechem na twarzy, a żalem​ ​w​ ​sercu.  

– Ok, podrzucę Anetę do domu, a potem odwiozę ciebie ​– odpowiedział z lekkim rozczarowaniem​ ​w​ ​głosie.  Gdy tylko jego siostra wyskoczyła z auta i zniknęła w domu, parę siedzącą w ograniczonej przestrzeni szoferki vana znów spowiła niezręczna cisza. Pierwszy przerwał ją Jan,​ ​przekręcając​ ​kluczyk​ ​w​ ​stacyjce​ ​i​ ​powoli​ ​ruszając​ ​auto​ ​z​ ​miejsca.

– Odwiozę cię do domu ​– powiedział. ​– Chyba że ​– dodał po chwili wahania​– dasz się zaprosić chociaż na kawę? Myślę, że powinniśmy porozmawiać ​– z tymi słowami spojrzał jej poważnie​ ​w​ ​oczy.  

– Też tak myślę ​– odpowiedziała cicho po dwusekundowej walce samej z sobą i odwzajemniając spojrzenie. Przez całą drogę serce Justyny tak tłukło jej się w piersi, iż poważnie​ ​obawiała​ ​się,​ ​że​ ​wyskoczy​ ​z​ ​niej​ ​i​ ​przebije​ ​przednią​ ​szybę.   

***

Pojechali do jakiejś pobliskiej kawiarenki, której nazwa na szyldzie zniknęła już w ciemności wieczoru. Weszli do jasnego pomieszczenia z kremowymi ścianami, drewnianymi stolikami i takimi samymi krzesłami. Z menu wypisanego kredą na tablicy ponad ladą wybrali po kawie (Jan americano, Justyna cappucino) i znaleźli sobie zaciszne miejsce w rogu, daleko od wejścia i okna. Milczeli do czasu przyniesienia napojów, a potem każde zajęło się swoją filiżanką i wciąż panowała cisza, nie licząc głosów: grającego cicho w tle radia i rozmawiającego przez telefon mężczyzny, siedzącego przy drzwiach ​– jedynego w tej chwili, oprócz nich, gościa kawiarni.​ ​Jak​ ​zwykle​ ​pierwszy​ ​odezwał​ ​się​ ​Jan. 

–​​ ​Jak​ ​idzie​ ​sklep?​ ​Słyszałem​ ​od​ ​Anety,​ ​że​ ​jesteś​ ​teraz​ ​bardzo​ ​zajęta​ ​własnym​ ​biznesem. 

– To o wiele trudniejsze niż myślałam ​– przyznała dziewczyna. ​– Ale też i bardziej fascynujące, nie wiedziałam, że aż tak się w to wciągnę i że mały sklepik z włóczką da mi tyle satysfakcji. 

Zaczęła opowiadać o początkowych problemach z promocją, o pomocy Mary z Keerwood Marketing, o przypadkowej reklamie Theodora Rosena, o wszystkich związanych ze sklepem zajęciach, które wypełniały jej teraz czas całkowicie. Jan słuchał rozpromieniony i patrzył, jak jej szare oczy roziskrzają się ożywieniem, kiedy mówi o sklepie. Gdy wyczerpała temat​ ​i​ ​zamilkła​ ​na​ ​chwilę,​ ​wtrącił:

–​​ ​A​ ​więc​ ​byłaś​ ​naprawdę​ ​zajęta,​ ​a​ ​ja​ ​myślałem…​ ​​–​​ ​urwał.

–​​ ​Co​ ​myślałeś?​ ​​–​​ ​spytała​ ​ostrożnie.

–​​ ​No,​ ​że​ ​nas,​ ​a​ ​mnie​ ​w​ ​szczególności,​ ​unikasz.

–​​ ​Czemu​ ​miałabym​ ​to​ ​robić?​ ​​–​​ ​odpowiedziała​ ​pytaniem,​ ​ale​ ​poczuła​ ​się​ ​nagle​ ​winna. Mężczyzna spojrzał na nią uważnie, trochę jakby się zawahał, w końcu odetchnął głęboko​ ​i​ ​przemówił:

– Powiem wprost, tak będzie najlepiej. Wtedy przed świętami odniosłem wrażenie, że jesteś zła o Jadźkę, nie tylko o jej nieuprzejme zachowanie ale…​– tu znów chwilę się zawahał​– …ale o coś więcej ​– dokończył nieporadnie. ​– Słuchaj, między mną a nią nic nigdy nie było ​– zaczął na nowo, jakby z determinacją.​– Ani fizycznie, ani psychicznie. Przyjaźniliśmy się kiedyś trochę, bo to naprawdę nie jest zła dziewczyna, tylko trochę zbyt bezpośrednia, póki jej nie zachciało się więcej. Mnie nie, bo nie jest w moim typie i mamy zupełnie inne priorytety życiowe. Nie mam zamiaru wykorzystywać jej uczucia, nie mogąc go odwzajemnić, już wolę być sam. Wiem, że mogłaś sobie myśleć sto różnych rzeczy o mnie i o niej, ale mówię prawdę ​– z tymi  słowami spojrzał jej prosto w oczy, jakby próbując z nich wyczytać, czy wierzy w jego słowa. Justyna​ ​słuchała​ ​z​ ​pobladłą​ ​twarzą,​ ​myśląc​ ​o​ ​tym,​ ​jak​ ​łatwo​ ​ją​ ​rozszyfrował. 

– Dlaczego się przede mną tłumaczysz? ​– spytała spuszczając wzrok, jakby bojąc się, że​ ​te​ ​błękitne​ ​tęczówki​ ​wyczytają​ ​z​ ​niej​ ​więcej​ ​sekretów. 

– Nie tłumaczę się ​– zaprzeczył dość żywo. ​– Mówię, jak jest, żebyś wiedziała. I chcę też, żebyś wiedziała… ​– zaczął nieco ciszej i urwał, tylko jego dłoń nagle przykryła jej rękę, spoczywającą​ ​na​ ​stoliku​ ​obok​ ​filiżanki​ ​z​ ​dawno​ ​wystygłą​ ​kawą. 

–​​ ​Tak?​ ​​–​​ ​podniosła​ ​na​ ​niego​ ​wzrok,​ ​który​ ​cały​ ​był​ ​jednym,​ ​wielkim​ ​pytaniem. 

– Przepraszam bardzo… ​– usłyszeli zakłopotany damski głos i oboje mało nie podskoczyli, wyrwani nagle z kawałka wszechświata, który nie zawierał nic prócz ich dwojga.​– Przepraszam, ale zaraz zamykamy a właściwie już jest zamknięte, jest po dwudziestej, i gdyby zechcieli państwo… ​– tłumaczyła się wyraźnie zakłopotana kelnerka. Stojąca za ladą druga dziewczyna​ ​dawała​ ​jej​ ​ponaglające​ ​znaki. 

– Jasne, już idziemy, dobranoc ​– powiedział Jan, uregulował rachunek za dwie napoczęte​ ​kawy​ ​i​ ​wyszli​ ​w​ ​ciemność​ ​ciepłego,​ ​wiosennego​ ​wieczoru. 

– Takie nasze szczęście ​– odezwał się mężczyzna i głośno roześmiał, a Justyna mu zawtórowała ​– śmiech wspaniale rozładowywał napięcie. Śmiali się tak z niczego jeszcze wsiadając do auta, ale tym razem Justyna zajęła miejsce nie od okna, tylko w środku, obok kierowcy. 

–​​ ​To​ ​dokąd​ ​teraz?​ ​​–​​ ​spytał​ ​Jan,​ ​przekręcając​ ​kluczyk​ ​w​ ​stacyjce.   

– Do domu ​– westchnęła Justyna.​– Zanim dojedziemy będzie późno, a mam jeszcze na dzisiaj​ ​trochę​ ​pracy. 

–​​ ​Ale​ ​zobaczymy​ ​się​ ​znowu​ ​prędzej​ ​niż​ ​za​ ​kilka​ ​tygodni?​ ​​–​​ ​spytał​ ​niepewnie. 

–​​ ​Oczywiście​ ​​–​​ ​uśmiechnęła​ ​się. 

Drogę do Chadderton przebyli w milczeniu, ale tym razem był to zupełnie inny rodzaj ciszy, spokojny i radosny. Co jakiś czas zerkali na siebie nawzajem oczami rozjaśnionymi szczęściem. Gdy zatrzymali się pod jej domem, podała mu rękę na pożegnanie. Jan uchwycił jej dłoń w swoją i przylgnął do niej ustami mocno, długo, a jednak zbyt krótko. Podniósł na dziewczynę wzrok​ ​i​ ​puścił​ ​trzymaną​ ​rękę. 

–​​ ​Dobranoc​ ​​–​​ ​powiedział​ ​miękko.

– Dobranoc ​– odpowiedziała cicho i wyszła z auta, choć teraz najchętniej by w nim zamieszkała.  

 

Poprzednie części znajdziesz tutaj: 

Rozdział 1 

Rozdział 2 

Rozdział 3 - 1/2 

Rozdział 3 - 2/2 

Rozdział 4 

Rozdział 5 

Rozdział 6 

Rozdział 7  

Rozdział 8 - 1/2 

Rozdział 8 - 2/2

Rozdział 09

Rozdział 10 - 1/2

Rozdział 10 - 2/2

Rozdział 11

Rozdział 12 - 1/2

Rozdział 12 - 2/2

Rozdział 13 - 1/2

Rozdział 13 - 2/2

Rozdział 14 - 1/3

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.