Maria Różańska – NAD WEŁNEM – Rozdział 13 – 1/2 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, ZWOOLNIJ / wtorek, 26 października, 2021

Dziś o burzeniu sklepu (przynajmniej w myślach), ponurych rozmyślaniach i wieczornych Anglików rozmowach. 


Rozdział 13 – 1/2

 

Techniki sprzedaży i promocji, które Justyna usiłowała wbić sobie do głowy, całkiem nieźle zagłuszały wszystkie pytania, wątpliwości i uczucia, jakie próbowały panoszyć się w jej myślach. Teraz na pierwszym miejscu stoi sklep, na nic innego nie powinno być czasu. Po miło spędzonych świętach dziewczyna z nową energią i głową pełną pomysłów wróciła do pracy. Gdy tylko jednak usiadła za ladą, dobry humor trochę jej przeszedł. Siedziała wśród trzech ścian pomalowanych przez Jana, towar na półkach, zawieszonych przez niego, ułożony został według jego pomysłów, tablica z próbkami to też jego dzieło. Wszędzie Jan, wściec się można! Poczuła nagłą chęć zburzenia sklepu do fundamentów i zaczęcia od nowa. W Simsach by się      dało,​ ​zwłaszcza​ ​z​ ​kodem​ ​na​ ​kasę,​ ​w​ ​życiu​ ​byłby​ ​to​ ​raczej​ ​wysoce​ ​niepraktyczny​ ​pomysł. Dlaczego w sumie tak się wściekała na biednego malarza? Nic jej przecież nie zrobił, czuła się dobrze w jego towarzystwie, z każdym spotkaniem nawet coraz lepiej. I tylko ta Jadźka, kimkolwiek nie była, powodowała rysę na jego zbyt idealnej sylwetce. Dziewczyna nie lata aż tak za facetem jeśli ten nie daje jej ku temu żadnych powodów. Nie rości też do niego takich praw i nie zieje zazdrością, gorzej niż Smaug ogniem, jeśli nie ma do tego podstaw. Coś musi albo musiało między nimi być. Czy Jan był całkowicie w porządku wobec tamtej, tego Justyna nie mogła wiedzieć, nie znając ich historii, a do dopytywania się ona z kolei nie miała żadnego prawa. Lepiej trzymać się na dystans – postanowiła sobie po raz setny, ale cichy głosik w jej sercu, który wolała ignorować, zastanawiał się, ile czasu minie zanim postanowienie znów zostanie​ ​złamane.


Na pocieszenie miała choć tyle, że dzięki pomocy Mary i jej firmy, obroty sklepu powoli się zwiększały. Justyna sama wkładała wiele pracy w profil facebookowy, blog, stronę oraz wprowadzanie w życie różnych marketingowych sztuczek i trików. Klientów przybywało i mało  kto wychodził rozczarowany lub niezadowolony. W końcu sprzedawała coś, na czym się znała i co kochała, a w obsługę klienta wkładała całe serce. Nagle jednak wszedł taki klient, do którego serce straciła, zanim się jeszcze odezwał. Markowe ciuchy, blond zaczes, ciemne oczy, tylko bezczelny uśmiech na twarzy został zastąpiony przez nawet dość miły. Facet, który próbował​ ​ją​ ​poderwać​ ​w​ ​klubie​ ​​Conchita,​ ​bogaty​ ​imprezowicz, ​Theodore​ ​Rosen.  

– Słucham, w czym mogę pomóc? ​– spytała oficjalnym tonem, choć naprawdę miała ochotę powiedzieć: “Wynocha koleś, to sklep z włóczką, a nie drogimi ciuchami, chyba się pomyliłeś!”,​ ​byłoby​ ​to​ ​jednak​ ​bardzo​ ​nieprofesjonalne.  

– Dzień dobry ​– przywitał się Rosen uprzejmie ​– chciałbym kupić jakiś handmade drobiazg​ ​dla​ ​małego​ ​dziecka.​ ​Widziałem​ ​na​ ​tablicy,​ ​że​ ​sprzedaje​ ​tu​ ​pani​ ​takie​ ​rzeczy.  

Tego Justyna absolutnie się nie spodziewała, ale szybko przeszła z trybu zdumionego w tryb​ ​profesjonalny. 

–​​ ​W​ ​jakim​ ​wieku​ ​dziecko?​ ​​–​​ ​spytała.  

–​​ ​Pięć​ ​lat. 

–​​ ​Hmmm,​ ​to​ ​wybór​ ​jest​ ​mniejszy,​ ​więcej​ ​rzeczy​ ​mam​ ​dla​ ​niemowlaków.  

– Proszę pokazać i dla noworodków, kumplowi akurat ma się urodzić dziecko​– zażyczył sobie. 

 Następne kilkanaście minut Justyna spędziła pokazując różne przykłady swoich szydełkowych wyrobów i dyskutując o dzieciach, ubrankach, dodatkach i rękodziele w ogóle. Klient wykupił prawie wszystko, co miała w starszej kategorii wiekowej (sweterek, czapkę, dwie opaski i spódniczkę), oraz kilka ubranek dla niemowlaka. Zapłacił, pożegnał się życząc jej miłego dnia i wyszedł, zostawiając Justynę lekko oszołomioną tym, jak łatwo można ocenić człowieka​ ​po​ ​pozorach​ ​i​ ​spodziewać​ ​się​ ​po​ ​nim​ ​najgorszego.

*******

Był piękny wiosenny wieczór, drzewa zazielenione młodymi liśćmi kołysały się lekko, muskane chłodnym wiatrem. Wiele osób siedziało już w ogrodach zamiast w domach, chłonąc przednocny spokój. Mary Keerwood i Theodore Rosen nie byli wyjątkiem. Po położeniu małej Bonnie spać (wujek Teddy musiał jej koniecznie przeczytać bajkę), przenieśli się do ogrodu, żeby porozmawiać w spokoju i cieszyć się wieczorem. Teddy gościł u Mary od kilku dni i nie sprawiał żadnych kłopotów, póki trzymał się wyznaczonych przez nią zasad. Dziś myślała, że złamał jedną z nich, gdy po południu przyjechał z zakupów. Przyspieszony oddech, błyszczące oczy, rumieńce na zwykle bladych policzkach i nadzwyczajne ożywienie były według niej jednoznacznymi​ ​symptomami.  

– ​Znasz zasady ​– powitała go przy wejściu wściekła. ​– Narkotyki nie mają wstępu do tego​ ​domu,​ ​ani​ ​w​ ​twojej​ ​kieszeni,​ ​ani​ ​w​ ​twoich​ ​żyłach.  

– Co ty, jestem czysty jak dziecko ​– zdziwił się szczerze. ​– A propos dziecka, kupiłem dla​ ​Bonnie​ ​kilka​ ​drobiazgów,​ ​zobacz​ ​jakie​ ​śliczne.  

–​​ ​To​ ​czemu​ ​wyglądasz​ ​jak​ ​wyglądasz? 

–​​ ​Zaraz​ ​ci​ ​wszystko​ ​opowiem! 

Ale “zaraz” nie nadeszło zbyt szybko, gdyż Mary miała mnóstwo roboty w domu. Dopiero teraz,​ ​pod​ ​wieczór,​ ​znaleźli​ ​chwilę​ ​żeby​ ​spokojnie​ ​porozmawiać.  

– Słuchaj, widziałem ją, rozmawiałem z nią, nie masz pojęcia… ​– zaczął podekscytowany​ ​Theodore,​ ​gdy​ ​tylko​ ​usiadł​ ​na​ ​wygodnym,​ ​drewnianym​ ​krześle​ ​ogrodowym.  

–​​ ​Księżniczkę​ ​ze​ ​sklepu​ ​z​ ​włóczką?​ ​Justynę?​ ​​–​​ ​upewniła​ ​się​ ​jego​ ​rozmówczyni.  

– Tak, to ta sama. Kupiłem od niej kilka dziecięcych rzeczy. Przy okazji, nie znasz kogoś kto​ ​spodziewa​ ​się​ ​dziecka?​ ​Wszystko​ ​sama​ ​zrobiła,​ ​niesamowite,​ ​prawda? 

– No, widziałam, fajne sweterki i takie tam ​– przyznała Mary, ignorując pytanie o znajomych​ ​z​ ​dzieckiem. 

– Wszedłem do sklepu jakby nigdy nic, nie dałem po sobie poznać, że widziałem ją wcześniej. Ona mnie rozpoznała, zauważyłem to, ale profesjonalnie spytała czego sobie życzę. Spędziliśmy kilkanaście minut rozmawiając, ona sprawia wrażenie naprawdę inteligentnej, tylko nieśmiałej.  

– Mówiłam ci, że to porządna dziewczyna ​– wtrąciła Mary. Już wcześniej opowiedziała kuzynowi​ ​w​ ​jakich​ ​okolicznościach​ ​poznała​ ​Justynę.  

– Wiesz, że przy niej czułem się tak ożywiony, że niepotrzebne mi żadne prochy, do teraz​ ​mnie​ ​trzyma.  

–​​ ​Doprawdy,​ ​miłość​ ​na​ ​miarę​ ​XXI​ ​wieku​ ​​–​​ ​zakpiła​ ​Keerwood.  

–​​ ​Ale​ ​od​ ​razu​ ​miłość!​ ​​–​​ ​żachnął​ ​się​ ​Rosen.​ ​​–​​ ​Wiesz,​ ​że​ ​ja​ ​się​ ​do​ ​tego​ ​nie​ ​nadaję.  

–​​ ​To​ ​po​ ​co​ ​chcesz​ ​zawracać​ ​głowę​ ​normalnej,​ ​niezepsutej​ ​dziewczynie?  

– Po pierwsze wiesz po co, po drugie, przy niej czuję powiew świeżości, ona jest zupełnie​ ​inna​ ​niż​ ​kobiety​ ​do​ ​jakich​ ​przywykłem.​ ​Nie​ ​mogę​ ​wybić​ ​jej​ ​sobie​ ​z​ ​głowy.  

Mary,​ ​wyciągnięta​ ​wygodnie​ ​na​ ​ogrodowym​ ​krześle,​ ​przyjrzała​ ​mu​ ​się​ ​uważnie. 

– Teddy, darling, po pierwsze, to ty się chyba powoli zakochujesz, co oznacza, że jeszcze zostało w tobie coś z człowieka. Poza tym nie jesteś potworem i chyba sam rozumiesz, że​ ​ta​ ​dziewczyna​ ​zasługuje​ ​na​ ​uczciwy​ ​układ.  

– To znaczy co? Mam lecieć po pierścionek? ​– próbował żartować Theodore, ale nie z Mary​ ​takie​ ​numery. 

– Nie ​– odpowiedziała poważnie.​– Ale powiem wprost, jeśli masz zamiar ją wykorzystać i​ ​rzucić​ ​to​ ​lepiej​ ​od​ ​razu​ ​wracaj​ ​do​ ​Londynu​ ​i​ ​zostaw​ ​i​ ​ją,​ ​i​ ​mnie​ ​w​ ​spokoju.  

Teddy​ ​przez​ ​chwilę​ ​przyglądał​ ​się​ ​starszej​ ​kuzynce​ ​w​ ​milczeniu. 

–​​ ​Mary,​ ​wiesz​ ​czemu​ ​tak​ ​cię​ ​lubię?​ ​​–​​ ​spytał​ ​w​ ​końcu. 

–​​ ​Czemu?

– Bo wśród klakierów i pochlebców patrzących na mnie przez pryzmat moich pieniędzy i dokonań mojego ojca, ty jedna widzisz we mnie człowieka i nie boisz się mnie ochrzanić, gdy na to​ ​zasługuję.  

– Pieniądze ​– prychnęła kobieta. ​– Dziś są, jutro nie ma, liczy się człowiek, jego czyny i zamiary.  

– Jak już przy tym jesteśmy… ​– zaczął niepewnie Teddy, a Mary spojrzała na niego nieco ostrzej. ​–​To co z Berniem, pracuje gdzieś teraz? Bardzo rzadko go widuję odkąd przyjechałem. 

– Ciągle gdzieś go nosi ​– mruknęła zapytana. ​– Niby pracował do niedawna w sprzedaży aut, ale ostatnio zaczął coś przebąkiwać o kutrze rybackim i połowach ryb, także nigdy​ ​nie​ ​wiem,​ ​co​ ​on​ ​znowu​ ​wymyśli.  

– Słuchaj, mogę mu załatwić dobrą pracę, choćby w naszej sieci​– zaproponował. Mary spojrzała​ ​na​ ​niego​ ​z​ ​wdzięcznością,​ ​ale​ ​po​ ​chwili​ ​jej​ ​uśmiech​ ​przygasł.  

–​​ ​Dziękuję,​ ​ale​ ​lepiej​ ​nie.​ ​Zawali​ ​coś,​ ​a​ ​ja​ ​najem​ ​się​ ​wstydu​ ​​–​​ ​wyjaśniła​ ​po​ ​prostu.  

– Na co ci taki mąż? ​– spytał kuzyn gwałtownie, a kobieta rzuciła mu ostre spojrzenie.​– W domu bywa rzadko, w firmie nie pomaga, sam co chwila zmienia zajęcia, co ty z niego masz za​ ​pożytek?​ ​Czemu​ ​się​ ​nie​ ​rozwiedziesz?​ ​​–​​ ​kontynuował.  

– To takie proste, prawda? ​– odpowiedziała Mary ze złością.​– Dzisiaj ten, nie sprawdza się, to jutro inny? Ja tak nie potrafię ​– złagodniała nieco. ​– To ciągle człowiek, którego poślubiłam​ ​i​ ​ojciec​ ​moich​ ​dzieci.  

Theodore​ ​znów​ ​przyglądał​ ​jej​ ​się​ ​przez​ ​chwilę​ ​w​ ​milczeniu. 

–​​ ​Ty​ ​go​ ​wciąż​ ​kochasz​ ​​–​​ ​zauważył​ ​w​ ​końcu.  

–​​ ​Tak​ ​​–​​ ​odpowiedziała​ ​po​ ​chwili​ ​ciszy. 

– Zazdroszczę ci ​– odpowiedział smutno. ​– Zdolności do przeżywania takich uczuć, osoby,​ ​którą​ ​możesz​ ​nimi​ ​darzyć…

Zamyślili​ ​się​ ​oboje,​ ​pierwsza​ ​otrząsnęła​ ​się​ ​Mary.  

– Zimno się zrobiło, zamarzniemy tu. Chodź do domu, zrobię herbaty i chyba powoli czas spać. Przemyśl to, co ci powiedziałam ​– dodała jeszcze wstając. ​– Nie rań nikogo dla własnych​ ​zachcianek.  

Theodore​ ​nie​ ​odpowiedział,​ ​ale​ ​resztę​ ​wieczoru​ ​był​ ​dziwnie​ ​milczący. 

 

Poprzednie części znajdziesz tutaj: 

Rozdział 1 

Rozdział 2 

Rozdział 3 - 1/2 

Rozdział 3 - 2/2 

Rozdział 4 

Rozdział 5 

Rozdział 6 

Rozdział 7  

Rozdział 8 - 1/2 

Rozdział 8 - 2/2

Rozdział 09

Rozdział 10 - 1/2

Rozdział 10 - 2/2

Rozdział 11

Rozdział 12 - 1/2

Rozdział 12 - 2/2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *