Maria Różańska – NAD WEŁNEM – Rozdział 10-1/2 – Historia miłości z wełną w tle


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / wtorek, 17 sierpnia, 2021

Dziś o technikach sprzedaży włóczek dla poczatkujących, oraz o sile przekonywania “Małego Księcia” 😉


Rozdział​ ​10 – 1/2

 

Nikt nie spodziewa się tłumów na samym początku otwarcia sklepu, ale ma nadzieję na choć kilku klientów. Tymczasem Justyna siedziała już parę godzin, a nie sprzedała ani jednego  motka. Czasem ktoś kupujący coś u wujka zainteresował się nowym stoiskiem, ale było to zainteresowanie pobieżne. Gdy więc jeden ze stałych klientów Benedykta, zaopatrujący się u niego zwykle w sprzęt wędkarski, wyraził chęć zakupu, w duszy dziewczyny rozbrzmiały chóry anielskie. Mężczyzna żartował, że potrzebuje czegoś dla żony, żeby nie gniewała się o jego wyjazd z kolegami​ ​na​ ​ryby,​ ​a​ ​​ ​ponieważ​ ​lubiła​ ​robótki,​ ​sklep​ ​Justyny​ ​spadł​ ​mu​ ​jak​ ​z​ ​nieba. 

–​​ ​Poproszę​ ​wełnę​ ​​–​​ ​wyraził​ ​życzenie,​ ​podchodząc​ ​do​ ​jej​ ​królestwa. 

–​​ ​Oczywiście,​ ​jaką? 

–​​ ​Wełnianą​ ​​–​​ ​roześmiał​ ​się​ ​mężczyzna.​ ​​–​​ ​A​ ​jakie​ ​są? 

– Są różne rodzaje, grubości i kolory. Czy chce pan cienką ​lace lub ​fingering, nieco grubszą ​sportweight albo ​DK, może ​aran lub ​chunky, mamy też ​bulky, lub najgrubszą super bulky. Co pana interesuje? 

Ponieważ​ ​mężczyzna​ ​nie​ ​odpowiadał,​ ​kontynuowała: 

–​​ ​I rozumiem że mówiąc ogólnie “wełna” miał pan na myśli wełnę owczą? Merino, alpakę? Czy może jednak jakiś inny rodzaj​ ​włókna? ​Akryl,​ ​bawełna,​ ​bambus, angora,​ ​może jakaś mieszanka..? 

– Wie pani co ​– przerwał jej niedoszły klient, najwyraźniej lekko ogłuszony nadmiarem informacji​ ​​–​​ ​ja​ ​tu​ ​przyślę​ ​żonę,​ ​niech​ ​sama​ ​sobie​ ​kupuje​ ​akryle​ ​i​ ​bawełny.  

I z tymi słowami po prostu wyszedł. Justyna​ ​patrzyła​ ​za​ ​nim​ ​lekko​ ​oniemiała. 

–​​ ​Ignorant,​ ​ale​ ​jednak​ ​szkoda​ ​​–​​ ​mruknęła​ ​pod​ ​nosem. 

– Justynko, źle się do tego zabrałaś ​– wyjaśnił wuj ze swojego stanowiska. ​– Nie możesz oczekiwać, że moi klienci będą się znać na twoim asortymencie. Gdybym poprosił cię, żebyś​ ​kupiła​ ​mi​ ​wędkę,​ ​co​ ​byś​ ​powiedziała​ ​sprzedawcy? 

– Żeby sam wybrał​ – odpowiedziała, zaczynając rozumieć.​– Czyli mam nie wymagać od nich za wiele, dowiedzieć się o potrzebę i podać towar na tacy? Najwyżej mogą go później wymienić,​ ​o​ ​ile​ ​nie​ ​będzie​ ​użyty.  

Okazja do wypróbowania nowej taktyki nadarzyła się jeszcze tego samego dnia. Mężczyzna​ ​kupujący​ ​naboje​ ​do​ ​strzelby​ ​rozjaśnił​ ​się​ ​na​ ​widok​ ​jej​ ​sklepu.  

– To, czego potrzebuję ​– oznajmił, porzucając na chwilę wybór amunicji. ​– Dam żonie coś do roboty, to sama mnie wykopie na polowanie, żeby w spokoju dłubać się w wełnie. Niech pani​ ​da​ ​mi​ ​coś,​ ​co​ ​ją​ ​zajmie​ ​na​ ​cały​ ​weekend​ ​​–​​ ​zażyczył​ ​sobie,​ ​omiatając​ ​wzrokiem​ ​towar.  

– Bardzo chętnie ​– odpowiedziała Justyna wstając z krzesła. ​– Pana żona szydełkuje czy​ ​robi​ ​na​ ​drutach? 

–​​ ​A​ ​jaka​ ​to​ ​różnica?​ ​​–​​ ​zdziwił​ ​się szczerze​ ​mężczyzna. 

– Jeden patyk czy dwa? ​– spytała, wciąż najuprzejmiej jak mogła, choć w środku się w niej​ ​zagotowało. 

–​​ ​Jeden​ ​​–​​ ​ucieszył​ ​się​ ​potencjalny​ ​klient,​ ​stając​ ​na​ ​nieco​ ​pewniejszym​ ​gruncie.  

– W takim razie polecam którąś z broszur ze wzorami, a do tego dobierzemy włóczki, żona​ ​powinna​ ​być​ ​zadowolona.​ ​Ja​ ​bym​ ​była​ ​na​ ​jej​ ​miejscu.  

Trochę to potrwało, ale opłaciło się. Ucieszony mężczyzna zostawił całkiem ładną sumkę, choć na wszelki wypadek Justyna poradziła mu, żeby zachował rachunek, gdyby żona chciała coś wymienić. Podała też wyraźnie warunki zwrotu lub wymiany towaru – żeby potem nie było, że nic nie mówiła. Klient skończył transakcję u Benedykta i wyszedł ze sklepu, a Justyna opadła z powrotem na krzesło. Wujek uśmiechnął​ ​się​ ​tylko​ ​ze​ ​swojego​ ​miejsca,​ ​ona​ ​odpowiedziała​ ​mu​ ​tym​ ​samym.  Do końca dnia miała jeszcze troje klientów, utarg nie był może oszałamiający, ale przynajmniej coś zaczęło się dziać. Gdy tuż przed zamknięciem przynosiła sprzed wejścia potykacz, na którym wypisała kredą nazwę sklepu i kilka zachęcających do wejścia haseł, czuła satysfakcję i poczucie celu. Wizja całującej się i trzymającej za ręce pary, nawiedzająca ją cały dzień,​ ​powoli​ ​zaczynała​ ​blednąć. 

***

 Tydzień zbliżał się ku końcowi, a sytuacja sklepu była raczej mizerna. Ktokolwiek przychodził, zadowolony był z asortymentu i generalnie z zakupów (tablica z próbkami to był absolutny hit!), ale problem polegał na tym, że mało kto przychodził. Justyna dwoiła się i troiła, próbując reklamować swój biznes gdzie się dało, prowadzić profil na facebooku itd., ale to wszystko było za mało. Potrzebowała profesjonalnej pomocy, obawiała się jednak, że chwilowo nie​ ​stać​ ​jej​ ​na​ ​to.  Siedząc w piątek po południu, otoczona tylko włóczkami, a nie żądnymi ich klientami, czuła się trochę zniechęcona i czekała już na zamknięcie i weekendową przerwę. Około szesnastej przyszła do jej stoiska dziewczynka w mundurku uczennicy ​high school i podeszła nieśmiało do lady.  

–​​ ​Dzień​ ​dobry​ ​​–​​ ​przywitała​ ​się​ ​po​ ​polsku​ ​i​ ​rozejrzała​ ​ciekawie​ ​po​ ​sklepie.  

–​​ ​Dzień​ ​dobry​ ​​–​​ ​odpowiedziała​ ​Justyna.​ ​​–​​ ​W​ ​czym​ ​mogę​ ​pomóc? 

– Ja… ​– zawahała się dziewczynka ​– przyniosłam to ​– położyła na ladzie jakiś niewielki papier.​ ​Justyna​ ​od​ ​razu​ ​rozpoznała​ ​w​ ​nim​ ​”kupon”​ ​na​ ​serwetce​ ​z​ ​Costy​ ​sprzed​ ​kilku​ ​dni. 

–​​ ​Aneta​ ​Jaśmin?​ ​​–​​ ​upewniła​ ​się.​ ​​–​​ ​Siostra​ ​Jana​ ​Tyrowicza? 

– Tak ​– potwierdziła z uśmiechem zapytana. ​– Janek był ostatnio zajęty i dopiero dziś znalazł czas, żeby dać mi ten kupon i mnie tu przywieźć. Ma do załatwienia coś w okolicy i odbierze mnie za pół godziny. Potem idziemy do kina ​– poinformowała z uśmiechem. ​– ​Ten kupon​ ​to​ ​nie​ ​żart,​ ​prawda?​ ​​–​​ ​upewniła​ ​się​ ​jeszcze.  

– Nie, to dowód wdzięczności dla twojego brata za pomoc. Słyszałam, że czytasz mojego​ ​bloga?  

– Tak ​– rozjaśniła się Aneta. Uśmiech mieli z Janem podobny, widocznie odziedziczyli go po matce. ​– ​To naprawdę super, że założyła pani ten sklep. Fajnie zobaczyć na żywo kogoś znanego​ ​z​ ​internetu.  

– Do internetowej celebrytki to mi jeszcze daleko ​– roześmiała się Justyna. ​– A teraz powiedz co cię interesuje: włóczki, książki, broszury, szydełka? Czy chcesz się jeszcze trochę porozglądać?  

W końcu Aneta wybrała cienką włóczkę w kilku odcieniach różu i zieleni, gdyż, jak poinformowała rozmówczynię, planowała zrobić poszewkę na poduszkę techniką ​corner 2 corner, albo w skrócie ​c2c.

Tej metody Justyna nie znała, więc dziewczynka pokazała jej na czym to polega i jakie cuda można w ten sposób tworzyć. Pochłonięte rozmową nawet nie spostrzegły, że do sklepu wszedł Jan. Przez jakiś czas stał ze skrzyżowanymi na piersi rękami i obserwował obie dziewczyny z pogodnym uśmiechem, w końcu jednak postanowił zwrócić na siebie​ ​ich​ ​uwagę. 

–​​ ​Dzień​ ​dobry​ ​​–​ ​​tu​ ​kiwnął​ ​głową​ ​w​ ​stronę​ ​Justyny.​ ​​–​​ ​Anetka,​ ​skończyłaś​ ​już​ ​zakupy? 

–​​ ​Prawie​ ​​–​​ ​uśmiechnęła​ ​się​ ​zapytana​ ​na​ ​widok​ ​brata. Justynę szczerze ucieszył widok malarza, ale jednocześnie przykazała sobie trzymać się na dystans. W przeciągu tygodnia Jan dzwonił do niej raz (nie odebrała) i przesłał smsa z propozycją kawy, ale odmówiła, tłumacząc się zajęciem w sklepie, a on nie nalegał. Tak naprawdę jednak nienawiść w oczach nieznajomej dziewczyny (nie patrzyłaby tak, gdyby nie mogła rościć do mężczyzny jakichś praw) oraz zanikający, ale wciąż obecny ból po rozstaniu z Zygmuntem, odświeżony artykułem i zdjęciami, zadecydowały o jej postawie. Postanowiła na           wszelki wypadek trzymać się z daleka od wszystkich facetów. Teraz jej chłopakiem, narzeczonym​ ​i​ ​mężem​ ​w​ ​jednym​ ​będzie​ ​tylko​ ​sklep.  Zapakowała sprawunki Anety do reklamówki i dołożyła od siebie dodatkową plastikową igłę, co ucieszyło dziewczynkę, gdyż trudno było zwykle znaleźć takie w sklepach. Skasowała należność,​ ​podała​ ​paragon​ ​i​ ​spojrzała​ ​na​ ​wiszący​ ​na​ ​ścianie​ ​zegar.  

–​​ ​Zaraz​ ​pani​ ​zamyka?​ ​​–​​ ​domyślił​ ​się​ ​Jan.​ ​​–​ ​​My​ ​też​ ​już​ ​idziemy,​ ​do​ ​widzenia.  

– Janek! ​– wpadła mu w słowo siostra. ​– A może pani poszłaby z nami? Idziemy na “Małego​ ​księcia”​ ​​–​​ ​dodała,​ ​zwracając​ ​się​ ​do​ ​dziewczyny,​ ​jakby​ ​to​ ​był​ ​argument​ ​koronny.  

– Aneta, nie zawracaj pani głowy ​– syknął Jan, choć i on spojrzał na Justynę wyczekująco. “Miałaś się trzymać na dystans!” ​– dźwięczało jej w głowie, zagłuszane przez “Wyjście​ ​w​ ​trójkę​ ​to​ ​co​ ​innego​ ​niż​ ​sam​ ​na​ ​sam”,​ ​oraz​ ​jeszcze​ ​głośniejszą​ ​myśl​ ​”Mały​ ​książę!”.  

– Byłoby mi… nam, bardzo miło, gdyby chciała pani wybrać się razem z nami ​– dodał Jan,​ ​widząc​ ​jej​ ​wahanie.  

– Nie chciałabym przeszkadzać… ​– zaczęła dziewczyna, ale już tylko dla przyzwoitości, bo zdecydowała się iść. Potrzebowała rozrywki i odpoczynku, sklep sklepem, ale z chłopakiem, narzeczonym i mężem też nie siedzi się 24/7…

 

Poprzednie części znajdziesz tutaj: 

Rozdział 1 

Rozdział 2 

Rozdział 3 - 1/2 

Rozdział 3 - 2/2 

Rozdział 4 

Rozdział 5 

Rozdział 6 

Rozdział 7  

Rozdział 8 - 1/2 

Rozdział 8 - 2/2

Rozdział 09

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *