Maria Różańska NAD WEŁNEM – Rozdział 08 – 1/2 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SLOWLIFE, SZYDEŁKO, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / wtorek, 29 czerwca, 2021

Dziś o tym, że nie ma to jak rozpocząć nowe życie z odrobiną koloru 🙂

Rozdział​ ​08 

 

–​​ ​Sprzęt​ ​myśliwski​ ​i​ ​wełna?​ ​To​ ​najgłupsze​ ​połączenie​ ​o​ ​jakim​ ​słyszałem. 

–​​ ​A​ ​sprzęt​ ​myśliwski​ ​i​ ​komórki​ ​tak​ ​bardzo​ ​do​ ​siebie​ ​pasują? 

 

Justyna od trzech dni mieszkała u wujka Benedykta, pierwszy dzień poświęcając na rozpakowanie i urządzenie się, drugi na odpoczynek, zebranie sił i plany. Wszyscy byli dla niej bardzo mili, próbowali pocieszać, każdy na swój sposób, i wyglądali na naprawdę zadowolonych z jej obecności. Wujka widziała jednak rzadko, większość czasu spędzał w sklepie, wracał do domu dopiero późnym wieczorem. Witold miał college, wolontariat i swoje towarzystwo, te zajęcia wypełniały mu zwykle cały dzień. Lena po szkole latała gdzieś z koleżankami i tylko ciocia Emilia zawsze siedziała w domu. Ciotunia zresztą była podwójnie ucieszona obecnością Justyny, mając ją za uważną słuchaczkę swoich medyczno-ezoterycznych wywodów. Dziewczyna po prostu była zbyt grzeczna, żeby przerywać, i udając, że słucha, wtrącała czasem odpowiednie ogólniki. Możliwe, że dwudniowe           przebywanie z ciotką przyspieszyło decyzję Justyny o zakończeniu wakacji i wzięciu się za siebie i swoją przyszłość. Trzeci dzień spędziła głównie w swoim pokoju, planując, obliczając, mailując i przeglądając internet. Wynikiem owych działań była tocząca się właśnie, na tyle burzliwie,​ ​na​ ​ile​ ​pozwalał​ ​charakter​ ​rozmówców,​ ​wieczorna​ ​dyskusja​ ​z​ ​wujkiem.  

 

– Justynko zrozum, po pierwsze: własny biznes to nie jest lekki kawałek chleba, coś o tym​ ​wiem.​ ​Po​ ​drugie:​ ​to​ ​miejsce​ ​jest​ ​dość​ ​małe. 

– Ale na początek chyba wystarczy? Nie zamierzam zakładać wielkiego sklepu, na razie tylko​ ​małe​ ​stoisko,​ ​a​ ​potem​ ​zobaczymy​ ​​–​​ ​​ ​perswadowała​ ​Justyna. 

– Jesteś pewna, że nie chcesz poszukać pracy na etat, na przykład takiej, jaką miałaś w Londynie? 

– I znów odpowiadać na maile od głupich Amerykanek, które nie wiedzą, że na świecie istnieje inna waluta niż dolary i nie znają same własnego rozmiaru? Dziękuję, postoję ​– prychnęła​ ​dziewczyna. 

– Ale pracujesz wtedy tylko osiem godzin i masz wolne, o własny sklep martwisz się 24  godziny​ ​na​ ​dobę.

Justyna położyła swoją szczupłą dłoń na szerokiej ręce Benedykta, spoczywającej na kuchennym​ ​stole​ ​i​ ​spojrzała​ ​wujkowi​ ​w​ ​oczy.  

– Wujku, ja to wszystko dokładnie przemyślałam i obliczyłam. Może mi się nie powiedzie, ale nie chcę sobie nigdy wyrzucać, że nie spróbowałam. Jeśli nie wynajmiesz mi pomieszczenia, poszukam gdzie indziej. Chciałam pomóc, bo wiem że nie ma na razie innych chętnych.​ ​Myślę,​ ​że​ ​to​ ​korzystny​ ​układ​ ​dla​ ​nas​ ​obojga.  

Benedykt​ ​milczał​ ​przez​ ​dłuższą​ ​chwilę,​ ​widać​ ​było,​ ​że​ ​coś​ ​rozważał​ ​w​ ​myślach.

– Dobrze, zrobimy tak. Wynajmę ci to pomieszczenie za połowę ceny na ten… tego… ten…​ ​na​ ​trzy​ ​miesiące.​ ​​ ​Potem​ ​zobaczymy,​ ​co​ ​dalej.​ ​​ ​A,​ ​i​ ​pomogę​ ​ci​ ​trochę​ ​z​ ​urządzeniem​ ​się.  

– Dziękuję ​– to proste słowo zawierało w sobie całą wdzięczność i nadzieję na przyszłość,​ ​jaka​ ​wypełniała​ ​serce​ ​dziewczyny.  

 

***

Następnego dnia rano, zaraz po wczesnym śniadaniu, Justyna pojechała z Benedyktem  do pracy, obejrzeć pomieszczenie, które planowała wynająć. Oczywiście widziała je już wcześniej, czasem odwiedzała sklep wujka, ale teraz miała je oglądać pod zupełnie innym kątem.  Sklep był dość duży i jasno oświetlony, w dzień dzięki wielkiemu oknu wystawowemu, a wieczorem dzięki zamontowanym nad sufitem jasnym lampom. Ściany, pomalowane na    kremowy kolor magnolii, stanowiły kontrastowe tło dla wiszących na nich strzelb, sztucerów, noży myśliwskich oraz innych akcesoriów do polowań. W asortymencie sklepu znajdował się również sprzęt wędkarski, odzież w barwach ochronnych, wszystko, co potrzebne do campingu (śpiwory, menażki, karimaty itd.) oraz kilka łuków, kusz, a nawet mieczy dla hobbystów i miłośników rycerstwa lub filmów fantasy. Ponieważ powyższe nie stanowiły artykułów pierwszej potrzeby, jak chleb lub piwo, interes szedł jako tako, ale bez szału, co stale martwiło Benedykta. Starał się poszerzać asortyment, reklamować sklep gdzie się da, Witold założył mu nawet stronę internetową, ale mimo tych wysiłków szybkie wzbogacenie się raczej mu nie groziło. Wystarczało​ ​jednak​ ​na​ ​chleb,​ ​a​ ​czasem​ ​nawet​ ​i​ ​na​ ​ciastka.  W rogu sklepu znajdowało się coś jakby duża komórka lub schowek. Po prostu jakiś architekt, prawdopodobnie potomek Bezdennie Głupiego Johnssona, postawił nagle ścianę, i to nie sięgającą całkiem do sufitu, tak że razem z dwiema ścianami narożnika, stanowiła jakby osobny pokoik, z framugą ale bez drzwi. Jakie było pierwotne przeznaczenie pomieszczenia, nie wiedział nikt. Gdy Benedykt kupował sklep 15 lat temu, stało puste i zakurzone. Na początku  wykorzystywał je jako dodatkowe miejsce na towar, ale szybko przestał, bo notorycznie włazili mu tam klienci i próbowali grzebać w pudłach. Potem wpadł na pomysł odnajmowania pomieszczenia innym niewielkim przedsiębiorcom, co znacznie pomagało w utrzymaniu sklepu. Ostatni​ ​biznesmen​ ​zmył​ ​się​ ​jednak​ ​dość​ ​nieoczekiwanie​ ​i​ ​miejsce​ ​ziało​ ​teraz​ ​pustką.

Justyna obejrzała je krytycznie, w myślach planując i urządzając. Ściany od podłogi po sufit obwiesi półkami, na środku postawi oszkloną ladę, gdzie będzie trzymać mniejsze akcesoria. Obserwowała dwie takie na eBayu i miała nadzieję zdobyć którąś z nich za rozsądną cenę. Między ścianami rozwiesi sznurek, na którym będą wystawione gotowce typu dziecięce sweterki i buciki, oraz czapki, szaliki itd. Ułożyła i oszacowała sobie wszystko w myślach, a w jej wyobraźni puste pomieszczenie nabrało nagle barw i miękkości wełny oraz blasku aluminiowych szydełek. Do domu wróciła tramwajem i, rezygnując z obiadu oraz towarzystwa cioci, pobiegła z laptopem do swojego pokoju, zamawiać towar, obliczać i planować. Tego dnia, po raz pierwszy od rozstania z Zygmuntem, nie myślała o nim wcale, a sen przyszedł o wiele łatwiej​ ​niż​ ​w​ ​ostatnich​ ​tygodniach.  

 

***

 

Kilka pudeł towaru stało już na zapleczu, półki czekały na powieszenie, trochę szydełkowych drobiazgów, które Justyna tworzyła w wolnych chwilach (o ile się takie zdarzały), cierpliwie oczekiwało na nabywców. Działalność gospodarcza została zarejestrowana, status podatkowy zmieniony, wszystko wydawało się gotowe. Czego więc brakowało do rozpoczęcia wełnianego biznesu? Justynie przyszło pewnego dnia do głowy, żeby nadać pomieszczeniu, czy raczej “sklepowi”, jak już zaczęła je szumnie nazywać, odrobinę wystroju. Mimo skrupulatnych obliczeń wciąż wychodziło kilka nadprogramowych wydatków i z obecnym stanem funduszy, jedyne na co dziewczyna mogła sobie pozwolić, to pomalowanie ścian na ładniejszy kolor. Myślała, żeby pomalować sama, ale po chwili odrzuciła tę myśl – powinno to być zrobione w miarę profesjonalnie, nie amatorsko, a swoim w tej dziedzinie umiejętnościom nie bardzo ufała. Witold polecił jej kolegę brata kumpla, specjalizującego się w remontach i umówił ją z nim przez telefon. Justyna kupiła więc farbę w ślicznym odcieniu błękitu “​maya blue” i teraz​ ​siedząc​ ​na​ ​krześle,​ ​z​ ​robótką​ ​w​ ​dłoni,​ ​czekała​ ​na​ ​specjalistę.

Pojawił się punktualnie, od razu można było poznać w nim malarza, choćby po typowych niebieskich, roboczych spodniach ogrodniczkach, pochlapanych gdzieniegdzie farbą. Spod szelek wyglądał biały podkoszulek z krótkimi rękawami (w marcu!), opinającymi umięśnione przedramiona. Facet był słusznej postury, Justyna zastanawiała się, czy potrzebna mu będzie w ogóle drabina. Gdy zbliżał się ku niej przez długość sklepu, dość obojętnie rejestrowała więcej szczegółów, jak jasne włosy, duże dłonie, i pewne kroki. Gdy był już dość blisko, zwróciła uwagę na jego oczy, przejrzyście niebieskie, w których przez moment pojawiło się coś na kształt zdziwienia. Po chwili i ona miała podobny wyraz, ale pewności co do nagłych podejrzeń nabrała dopiero,​ ​gdy​ ​się​ ​odezwał.  

– Dzień dobry, to z panią byłem umówiony na malowanie? ​– upewnił się z przyjaznym uśmiechem. 

– Ja pana znam! – wykrzyknęła zamiast powitania. 

cdn… 😉

Poprzednie części znajdziesz tutaj:

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3 - 1/2

Rozdział 3 - 2/2

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *