Maria Różańska NAD WEŁNEM – rozdział 07 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, WEŁNOHOLICY / wtorek, 15 czerwca, 2021

Dziś będzie długo, ale intensywnie: rozpacz, zawiedzione nadzieje, pochopne blogowanie i półtorametrowy szalik. Miłego czytania 😉


Rozdział​ 0​7

Wszystko zaczęło się i zarazem skończyło w piątek wieczorem. Po rozmowie na WhatsApp z Witkiem, Justyna poczuła się, jakby jakaś lodowata dłoń ścisnęła ją za serce. Najgorsze podejrzenia, których istnienie próbowała ukrywać sama przed sobą, nagle wybiły się na czoło gonitwy myśli w jej głowie. Musiała dowiedzieć się prawdy, tu i teraz, inaczej oszaleje! Jak o to spytać? Najlepiej dyplomatycznie, żeby nie podejrzewał, czego ona się domyśla – układała plan działania, powoli idąc po schodach na górę. Otworzyła drzwi sypialni dość gwałtownie i weszła do środka. Zygmunt siedział na łóżku z otwartym laptopem i oglądał jakiś          film.​ ​Podniósł​ ​na​ ​Justynę​ ​obojętny​ ​wzrok,​ ​ale​ ​szybko​ ​dostrzegł,​ ​że​ ​coś​ ​jest​ ​nie​ ​tak.  

–​​ ​Co​ ​to​ ​za​ ​wejście​ ​smoka?​ ​​–​​ ​próbował​ ​żartować. 

– Zygmunt ​– zaczęła śmiertelnie poważnie Justyna ​– czy twoja matka zabroniła ci żenić się ze mną, pod groźbą odcięcia od gotówki?! ​– to tyle jeśli chodzi o dyplomację, która wraz z opanowaniem udała się w krzaki w celach prokreacyjnych. Zygmunta zatkało, przez chwilę milczał​ ​i​ ​to​ ​utwierdziło​ ​dziewczynę​ ​w​ ​podejrzeniach.  

–​​ ​Skąd​ ​wiesz?​ ​​–​​ ​odezwał​ ​się​ ​w​ ​końcu. 

– A więc to dlatego zbywałeś wszelkie wzmianki o przygotowaniach do ślubu?! Nie chcesz​ ​się​ ​żenić,​ ​bo​ ​mamusia​ ​więcej​ ​kasy​ ​nie​ ​da?! 

–​​ ​Oj,​ ​Justyna,​ ​to​ ​nie​ ​tak… 

– A jak? ​– bardzo chciała, żeby powiedział coś, co ją przekona że się myli, że wszystko jakoś się ułoży. Jednocześnie miała jednak uczucie, że właśnie zaczęła się jakaś stroma jazda w dół, coś właśnie rozłamywało się na drobne kawałki. Nie miała jednak czasu analizować dokładnie własnych uczuć, niesiona furią i rozżaleniem. Ponieważ Zygmunt milczał, kontynuowała. 

– Po co te oświadczyny, dawanie nadziei, cieszyłam się jak głupia, planowałam wesele, myślałam o przyszłych dzieciach… Wszystko to jakiś żart, kpina ze mnie! Jeśli wybrałeś mamusię​ ​i​ ​jej​ ​pieniążki,​ ​to​ ​jedź​ ​do​ ​niej! 

–​​ ​Nikogo​ ​nie​ ​wybrałem​ ​​–​​ ​przerwał​ ​jej​ ​potok​ ​słów.​ ​​–​​ ​Czekam,​ ​aż​ ​matka​ ​zmieni​ ​decyzję.  

– Ile ty masz lat, człowieku? Nie umiesz poradzić sobie bez jej pomocy? Nie możesz sam znaleźć pracy? Ja miałam czternaście lat, gdy musiałam zacząć radzić sobie sama, bo nikt mi pieniędzy nie dawał. Matka zmarła gdy miałam siedemnaście, ale na ojca nie mogłam liczyć, zbyt był zajęty kolejnymi babami, które przewijały się przez nasz dom! Dopiero, gdy osiągnęłam pełnoletność, wujek pomógł mi się stamtąd wyrwać. I też nie siedziałam na tyłku, tylko pracowałam, najpierw w Manchesterze, potem w Londynie! A ty?! Czy ty cokolwiek w życiu zrobiłeś samodzielnie?! ​– musiała to w końcu wyrzucić z siebie, poczuła przynajmniej pewną ulgę.  

– Justyna, opanuj się! ​– krzyknął Zygmunt i zabrzmiało to nawet groźnie, ale nic teraz nie było w stanie jej zatrzymać. Zbyt długo dusiła w sobie emocje, które nagle wypuszczone wszystkie​ ​naraz,​ ​wybuchały​ ​z​ ​siłą​ ​wulkanu.  

– Czemu nie możesz znaleźć normalnej pracy? Nawet żadnych projektów już nie robisz! Nie wstyd ci, że od kilku miesięcy utrzymuje cię kobieta?! Ale do kogo ja to mówię, ty jesteś przyzwyczajony! 

 – Justyna! ​– krzyknął znów ostrzegawczo, podchodząc do niej kilka kroków bliżej. Ale raz rozpoczętego gejzeru wyrzutów nie powstrzymałby teraz nawet opancerzony ruski czołg, ani wszyscy Avengersi​ ​razem​ ​wzięci.  

– Ciągle marudzisz, że nikt się nie poznaje na twoim talencie, dlatego nie masz pracy. A  może​ ​ty​ ​po​ ​prostu​ ​nie​ ​masz​ ​żadnego​ ​talentu​ ​i​ ​powinieneś​ ​pracować​ ​choćby​ ​w​ ​Tesco​ ​na​ ​kasie?! 

I to był ten ostateczny krok w dół, po którym wszystko się rozsypało. Oczy Zygmunta zwęziły​ ​się​ ​ze​ ​złości.  

– Matka miała co do ciebie rację ​– wysyczał. ​– Myślisz tylko o sobie i ograniczasz mnie! To twoja wina, że nie mogę nic porządnego stworzyć, powinienem był słuchać mamy i zostawić cię już dawno! ​– mówiąc to, wyrzucał z szafy na łóżko swoje ubrania i sięgnął do schowka po walizkę. 

–​​ ​Wyprowadzasz​ ​się?​ ​​ ​​–​​ ​spytała​ ​zszokowana​ ​Justyna. 

– Tylko mi ułatwiłaś wybór. Matka miała rację ​– powtórzył. 

Dziewczyna nie mogła na to patrzeć, zamknęła się w łazience i łkała, używając papieru do nosa w ilościach hurtowych. Wyszła​ ​stamtąd​ ​dopiero,​ ​gdy​ ​usłyszała​ ​szuranie​ ​kółek​ ​walizki​ ​w​ ​przedpokoju.  

–​​ ​Zygmunt…​ ​​–​​ ​zaczęła​ ​niepewnie.​ ​Obejrzał​ ​się​ ​na​ ​nią​ ​przez​ ​ramię. 

– Jak ty wyglądasz? ​– zdziwił się niemile na widok jej zapuchniętych oczu i czerwonego nosa, tak jakby to było teraz najważniejsze. ​– Nie rozumiesz mnie i nigdy nie rozumiałaś, marnuję z tobą czas. Żegnaj​ – co mówiąc, powiesił swoje klucze na wieszaku na kurtki, wyszedł i​ ​zatrzasnął​ ​za​ ​sobą​ ​drzwi. 

Justyna stała w przedpokoju jak skamieniała, nie mogła się ruszyć, nie mogła nic ogarnąć. W końcu wróciła na górę tylko dlatego, że znów zaczęło jej kapać z nosa, a nie miała pod ręką chusteczki. Spodziewała się lada chwila usłyszeć dzwonek do drzwi, jak nie w tej sekundzie, to na pewno w następnej, ale jej praktyczna strona wiedziała, że to się nie zdarzy. Było w jego zachowaniu coś dziwnego, jakby nosił się z zamiarem rozstania już jakiś czas i tylko czekał na powód. Wiedziała, że nie wróci, a jednocześnie tak bardzo jego powrotu pragnęła! Rzuciła się na łóżko i płacząc myślała, jak bardzo chciałaby teraz zasnąć na długo, bardzo długo, i obudzić się dopiero, gdy wszystko będzie już dobrze, a ona nie będzie czuła tego rozdzierającego bólu w sercu. W końcu jej życzenie częściowo się spełniło i udało jej się zasnąć,​ ​na​ ​mokrej​ ​od​ ​łez​ ​poduszce,​ ​z​ ​telefonem​ ​ściskanym​ ​kurczowo​ ​w​ ​ręku.  

***

 Obudziła się nad ranem i przez słodkie, złudne trzy sekundy, myślała że wczorajsze wydarzenia były tylko koszmarnym snem. Szybko jednak przypomniała sobie wszystko i ułuda rozwiała się. Spojrzała z nadzieją na ekran telefonu, ale nowych wiadomości czy nieodebranych połączeń zero. Sen więcej nie nadchodził, mimo wczesnej godziny, wstała więc i zmusiła się do wzięcia szybkiego prysznica. Śniadania nie robiła, zjedzenie czegoś przez ściśnięte gardło wydawało jej się czynnością tak samo możliwą, jak napisanie pracy doktoranckiej z fizyki kwantowej tu i teraz, a może nawet trudniejsze. Z braku jakiegokolwiek innego zajęcia, złapała za szydełko i przerabiając bezmyślnie półsłupek za półsłupkiem, spróbowała przeanalizować całe​ ​wczorajsze​ ​zajście,​ ​określić​ ​swoje​ ​obecne​ ​położenie​ ​i​ ​zaplanować​ ​najbliższą​ ​przyszłość. Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl, plany jeszcze chwilę poczekają, najpierw trzeba coś załatwić. Spojrzała na telefon i na widok godziny, coś na kształt uśmiechu pojawiło się na jej bladej twarzy. Przy odrobinie szczęścia uda się wyrwać babsko ze snu. Wybrała numer,​ ​przeczekała​ ​kilka​ ​sygnałów​ ​i​ ​wreszcie​ ​usłyszała​ ​w​ ​słuchawce​ ​zaspany,​ ​kobiecy​ ​głos. 

– Halo? Kto mówi? ​– pytaniu towarzyszyło stłumione ziewnięcie. Oczywiście, że stłumione, przy jej manierach Anna nie pozwoliłaby sobie na ordynarne rozwarcie paszczy i to do​ ​słuchawki. 

– Witam w ten piękny poranek​ – zaczęła ze sztuczną wesołością dziewczyna. ​– Justyna z tej strony, była Zygmunta. Tak, dzwonię żeby przekazać pani dobre wieści, wczoraj się rozstaliśmy. Chciałabym również pogratulować zarówno umiejętnego niszczenia cudzego życia,         wtrącania się na poziomie mistrzowskim oraz wychowania synka na niedojdę wszechczasów. Szkoda, że nie zerwaliśmy wcześniej, do paczki z narzutą poszedłby jeszcze szydełkowy medal ze​ ​złotej​ ​wełny,​ ​za​ ​powyższe​ ​osiągnięcia.​ ​Może​ ​być​ ​pani​ ​z​ ​siebie​ ​w​ ​pełni​ ​dumna! 

W słuchawce przez chwilę panowała cisza, a Justyna próbowała ochłonąć po swoim monologu. W końcu odezwała się Anna, a w jej głosie nie było już ani śladu zaspania. Wydawała​ ​się​ ​być​ ​opanowana​ ​jak​ ​zawsze. 

– Justyno, Zygmunt poinformował mnie o fakcie waszego rozstania wczoraj wieczorem. Uwierz​ ​mi,​ ​że​ ​tak​ ​będzie​ ​lepiej.  

– Kto daje pani prawo do decydowania o naszym życiu? Dla kogo lepiej, dla pani syneczka?  

– Dla was obojga, wiem co mówię. A teraz, moja droga, jeśli mi wybaczysz, wrócę do łóżka,​ ​jest​ ​szósta​ ​rano.​ ​Aha,​ ​i​ ​dziękuję​ ​za​ ​narzutę,​ ​naprawdę​ ​mi​ ​się​ ​podoba.  

Klik, i to był koniec rozmowy. Justyna z wściekłością wykasowała numer matki Zygmunta z telefonu, nie będzie jej już więcej potrzebny. Miała ochotę wykrzyczeć komuś całą swoją złość, żal i poczucie krzywdy. Tylko komu? Nie miała w sumie żadnej bliskiej przyjaciółki,  dziewczyny z pracy były w porządku, ale zwykle nie mówiła im zbyt wiele o swoim życiu osobistym. Poza tym raczej nie ucieszyłyby ich zwierzenia o tak wczesnej godzinie, i to w weekend. Czując, że zaraz wybuchnie od nadmiaru emocji, włączyła laptopa i przeglądarkę.  Jako strona startowa pojawiał się jej blog i Justyna zaczęła pisać, zanim pomyślała, a palce  przesuwały​ ​się​ ​po​ ​klawiaturze​ ​z​ ​szybkością​ ​skorpiona​ ​na​ ​pustyni.  

Szydełkiem​ ​ w​ ​ oczko

Kiedy​ ​ wełna​ ​ jest​ ​ obsesją 

 Witajcie w ten cudny poranek! Bez większych wstępów: nie wiem czy będę kontynuować pisanie tego bloga. Nie mam głowy do tego, tak samo jak do niczego innego. Coś się właśnie w moim życiu skończyło. A zresztą, nikt tego i tak nie czyta, co się będę ograniczać. Związek czteroletni mi się skończył! Narzeczony – tak, narzeczony a nie chłopak – zostawił mnie trzy miesiące po oświadczynach, z powodów, których nawet nie wymienię, żeby go publicznie nie kompromitować. Także dziś wzoru nie będzie, ani jutro, ani nigdy. Chyba że ktoś zna wzory na Złamane Serce, Zawiedzione Nadzieje i Rozpacz, to piszcie w komentarzach! 

J.

Zamieściwszy post, poczuła się troszkę lepiej z powodu wyrzucenia z siebie żalu, w mniej lub bardziej anonimową przestrzeń. I to na tyle, że nawet zrobiła się odrobinę głodna i zjadła kilka herbatników, popijając zimną już kawą. Dopiero gdy skończyła jeść i naprawdę ochłonęła, przemyślała to, co właśnie zrobiła. “To była głupota” ​– stwierdziła i rzuciła się z powrotem do laptopa. Otworzyła post, chcąc go skasować, ale jej wzrok przykuła liczba komentarzy. Osiem, i to o wpół do szóstej rano w sobotę, kilka minut po opublikowaniu. Może to tylko jakiś spam, krzesła ogrodowe czy “fajny blog, wejdź na mój”, coś w tym stylu? Zaintrygowana kliknęła, i jej oczom​ ​ukazała​ ​się​ ​następująca​ ​dyskusja: 

 Joanna123:​ Współczuję, szkoda że nie mogę tam być i cię pocieszyć.

19DarkQueen98:​​ Smutne, ale to chyba miał być blog o szydełku, a nie na osobiste żale?

Joanna123: ​ Każdemu czasem może zdarzyć się w życiu coś złego, co musi wyrzucić z siebie, choćby w cyberprzestrzeń.

19DarkQueen98: To niech założ​y osobny blog albo żali się na twitterze.   ​

​​pocopotek: ​ @Joanna123 So true! @DarkQueen Jak ci się nie podoba, to nie musisz czytać, nikt nie zmusza.

pocopotek:​ Widzę, że nie tylko ja czytam blogi o świcie? 😀

Joanna123:​ Haha, jak widać? :)))

​ ​​​Joanna123: ​ J. Spróbuj wziąć się w garść, znaleźć jakiś cel w życiu i skupić się na nim. Będzie trochę łatwiej, obiecuję. 

 

Po przeczytaniu wszystkich komentarzy Justyna skasowała post i zamyśliła się głęboko. Ta Joanna123, kimkolwiek by nie była, miała rację. Trzeba znaleźć sobie coś do roboty, jakiś absorbujący cel, coś, co pochłonie ją na tyle, że nie zostawi miejsca w myślach na nic innego, a zwłaszcza na Zygmunta. Ona go przecież kocha, do cholery! Mimo wszystko, mogło się to przecież inaczej ułożyć, może mogliby rozwiązać problemy wspólnie, a ona nie dała mu nawet szansy? Czuła pod skórą, że obwinianie siebie w tej sytuacji jest idiotyczne i nic nie pomoże. Zygmunt widać nosił się z zamiarem odejścia już jakiś czas. Nic nie mogła jednak poradzić na to, że pamięć podsuwała jej tylko wspomnienia tych dobrych i szczęśliwych chwil, a wyobraźnia same​ ​sielankowe​ ​wizje​ ​na​ ​przyszłość. Czując, że zaraz zwariuje od takich myśli, postanowiła spróbować się skupić na ustalaniu planu na najbliższą przyszłość. Sięgnęła po szydełko i starała się skoncentrować na praktycznej stronie obecnej sytuacji. Po pierwsze, nie utrzyma sama mieszkania. Już poprzednie miesiące były ciężkie, teraz sama ze swojej pensji nie da rady. Może spróbować ubiegać się o dopłaty, ale po co jej samej tak duże mieszkanie? Przeniesie się do kawalerki, na jej potrzeby to wystarczy. Tylko gdzie? I nagle przyszło jej do głowy, że wreszcie ma okazję wyrwać się z obrzydłego jej Londynu. Nigdy nie lubiła tego miasta, przeprowadziła się tu tylko dla Zygmunta. Teraz może mieszkać gdzie tylko chce, robić co tylko chce, nie oglądając się na nikogo. Nagłe poczucie wolności niemal ją ogłuszyło, ale tylko na chwilę. Zaraz wrócił żal, gwałtownie zagłuszany dalszym planowaniem. Co z pracą? Jeśli się przeniesie, będzie musiała poszukać czegoś innego. Należało wszystko dokładnie i w szczegółach przemyśleć. Szydełko migało w rękach, półsłupki rozmnażały się szybciej niż drożdże czy króliki, a gdy Justyna miała już​ ​gotowy​ ​cały​ ​plan,​ ​trzymała​ ​w​ ​rękach​ ​szalik​ ​półtorametrowej​ ​długości.  

***

Weekend Justyna spędziła naprawdę pracowicie. Przejrzała mnóstwo ofert pracy z Manchesteru i okolic, w wiele miejsc porozsyłała CV. Potem wzięła się za porządki. Cokolwiek zostało z rzeczy Zygmunta, włożyła w jedno duże pudło i odstawiła do schowka pod schodami – wyśle to na adres jego matki. Przejrzała też krytycznie ubrania, książki i sprzęt domowy. Nie ruszyła tylko pudeł z włóczkami nikt przy zdrowych zmysłach nie pozbywa się włóczek. Wszystko, czego już na pewno nie będzie potrzebować, popakowała w czarne, plastikowe worki i wyniosła do pobliskiego ​charity shopu. Ktoś będzie mógł kupić te rzeczy za grosze, a pieniądze pójdą na zwierzęta wymagające opieki medycznej. Gdy wróciła z ostatniego kursu z workami, spojrzawszy na nagle bardziej przestronne mieszkanie, poczuła się zdecydowanie lepiej. Praca całkiem przyjemnie zagłuszała ból w sercu, a teraz jeszcze doszło miłe uczucie zrobienia czegoś pożytecznego. Niestety, gdy zapadł wieczór i dziewczyna kładła się spać, wszystkie upychane przez dwa dni po kątach ponure myśli opadły ją naraz, niczym sfora wilków. Jednocześnie​ ​w​ ​głowie​ ​wciąż​ ​grały​ ​jej​ ​słowa​ ​piosenki:  

So​ tonight, I’m gonna find a way to make it without you

Tonight I’m gonna find a way to make it without you

​I’m gonna hold on to the times that we had 

Tonight I’m gonna find a way to make it without you  


Justyna nigdy nie lubiła tego hitu, dziwne, że tak dokładnie zapamiętała tekst. Udało jej się zasnąć dopiero po trzeciej w nocy, a i tak śnił jej się Zygmunt, razem z Alicią Keys, grzebiący w kartonach z włóczką i chowający do kieszeni co lepsze motki. Skutkiem wszystkich tych przeżyć był​ ​jej​ ​nieszczególny​ ​wygląd​ ​w​ ​poniedziałek​ ​rano,​ ​który​ ​tak​ ​zwrócił​ ​uwagę​ ​przełożonej.  

***

Justyna wytrzymała całe dwadzieścia minut pytań, nagabywań, a potem tylko pytających, pełnych współczucia spojrzeń, zanim pękła i powiedziała koleżankom z pracy co się stało. Wszystkie rzuciły się do jej biurka pocieszać i nawet Betty wyjątkowo nic nie powiedziała na to  masowe opuszczenie stanowisk pracy. Gdy dowiedziały się, że Zygmunt był nie tylko chłopakiem, ale narzeczonym, ich pocieszania i proporcjonalne kubły pomyj na głowę Zygmunta, przybrały na sile. Justyna do tej pory nie wspomniała koleżankom o swoich zaręczynach z powodu braku pierścionka. Dla niej taki drobiazg nie miał wielkiego znaczenia, dla nich wręcz przeciwnie i przez jego pryzmat oceniałyby stopień zaangażowania emocjonalnego​ ​jej​ ​narzeczonego.​ ​I​ ​niestety​ ​miałyby​ ​rację,​ ​do​ ​cholery! Teraz siedziała przy biurku chlipiąc i opowiadając, a stos zużytych chusteczek pod biurkiem rósł szybciej, niż liczba maili od wymagających pomocy klientów. Dziewczyny wypytywały o jej dalsze plany, namawiały, żeby została w pracy. Bardzo to było miłe (i wywołało kolejną falę chlipań oraz powiększyło znacznie chusteczkowy mini Mount Everest), ale ona już się zdecydowała. Po sobotniej rozmowie z wujkiem wiedziała, że może liczyć na jego pomoc i wsparcie. Postanowiła przepracować jeszcze dwa tygodnie, odebrać wszystkie należące się jej pieniądze (pensja, niewykorzystany urlop i depozyt) i z jako takim kapitałem pojechać rozpocząć nowe życie w Manchesterze. Za mieszkanie również dostanie z powrotem depozyt, do tego odrobina oszczędności jaka jej została i jakoś przetrwa do czasu, aż znajdzie pracę. Uparła się też płacić wujkowi za pokój, nie chciała być dla jego rodziny ciężarem. Gdy opowiadała o swoich planach, poczuła się nawet ucieszona zmianami, jakie ją czekały. Każdego dnia z mijających dwóch tygodni, serce bolało coraz mniej, a uczucia żalu i smutku ustępowały​ ​powoli​ ​pola​ ​ekscytacji​ ​i​ ​oczekiwaniu.

 

Poprzednie części znajdziesz tutaj:

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3 - 1/2

Rozdział 3 - 2/2

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *