Maria Różańska NAD WEŁNEM – Rozdział 06 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, WEŁNA, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / wtorek, 1 czerwca, 2021

W dzisiejszym odcinku o kurach, jajkach, aroganckich bogaczach i skutkach podsłuchiwania cudzych rozmów. Miłego czytania 🙂

Rozdział 06

 – Słuchajcie, czy kura potrzebuje koguta, żeby znosić jajka? ​– z takim pytaniem wyskoczyła nagle Georgie, podnosząc głowę znad klawiatury. Wszyscy, łącznie z Betty, odwrócili​ ​się​ ​do​ ​niej​ ​gwałtownie. 

– Chyba tak, w końcu po coś ludzie trzymają koguty? ​– odpowiedziała z wahaniem Ingrid.​ ​​–​​ ​A​ ​w​ ​ogóle​ ​dlaczego​ ​chcesz​ ​wiedzieć? 

–​​ ​A​ ​tak​ ​mi​ ​przyszło​ ​do​ ​głowy.​ ​To​ ​potrzebują,​ ​czy​ ​nie? 

Był pierwszy dzień pracy po świętach i nikt nie mógł skoncentrować się tylko i wyłącznie na obowiązkach zawodowych. Maili od klientów było dużo, ale 99% z nich można by streścić w czterech słowach: “gdzie jest moje zamówienie?” Na stronie internetowej była co prawda informacja o terminie ostatnich wysyłek przed świętami, ale po co czytać, skoro można zamiast tego wysłać wściekłego maila, nierzadko najeżonego groźbami? Obsługa klienta w ​Your Pick Boutique miała na takie okazje przygotowane gotowce wzorów odpowiedzi. Praca szła więc szybko,​ ​a​ ​każdy​ ​czuł​ ​się,​ ​jakby​ ​przerwa​ ​świąteczna​ ​jeszcze​ ​całkiem​ ​się​ ​nie​ ​skończyła.  

– Wyguglaj ​– zaproponowała Justyna, a ponieważ była trochę nerdem i lubiła wiedzieć różne​ ​rzeczy,​​​ ​natychmiast​ ​zrobiła​ ​to​ ​sama. 

–​​ ​Nie​ ​potrzebują!​ ​​–​​ ​zdziwiła​ ​się​ ​po​ ​chwili.​ ​​–​​ ​Jajko​ ​to​ ​efekt​ ​kurzej​ ​owulacji! 

–​​ ​Fuuuj​ ​i​ ​my​ ​to​ ​jemy?​ ​​–​​ ​skrzywiła​ ​się​ ​Ingrid.​ ​​–​​ ​Chyba​ ​zostanę​ ​weganką.  

–​​ ​To​ ​po​ ​co​ ​ludzie​ ​trzymają​ ​te​ ​koguty?​ ​Tylko​ ​dla​ ​kurczaków?​ ​​–​​ ​drążyła​ ​temat​ ​Georgina, uczepiwszy się nie wiadomo czemu drobiu hodowlanego. 

– Ja już nie guglam ​– zastrzegła się Justyna. ​– Mam trzy kolejne maile od idiotów nieumiejących​ ​czytać.  

Po chwili stukania w klawisze i wysyłania automatycznych odpowiedzi, odwróciła się nagle​ ​do​ ​dziewczyn. 

– Słuchajcie, zmieniając lekko temat, kim był ten kogucik w klubie na naszej ​firmowej imprezie? Ten​ ​z​ ​zaczesem,​ ​jakiś​ ​Theodore​ ​cośtam.​ ​Ingrid,​ ​ty​ ​go​ ​znasz? 

Opowiedziała oczywiście Zygmuntowi o całym zajściu już dawno, obiecał wtedy, że więcej​ ​jej​ ​tak​ ​samej​ ​nie​ ​zostawi,​ ​ale​ ​tak​ ​jak​ ​ona​ ​nie​ ​miał​ ​pojęcia,​ ​kim​ ​był​ ​pewny​ ​siebie​ ​blondyn.   

– Dziewczyno! Ja wiem, że ty nie oglądasz telewizji, ale internet chyba masz? Nie wiesz kim​ ​jest​ ​Theodore​ ​Rosen?​ ​​–​​ ​odezwała​ ​się​ ​zamiast​ ​Ingrid​ ​Georgie.  

– A, Rosen. Nie usłyszałam wtedy dokładnie nazwiska. No nie wiem, inaczej bym nie pytała – tłumaczyła się Justyna.  

–​​ ​A​ ​kojarzysz​ ​sieć​ ​hoteli​ ​​Beds’n’Roses?

​–​​ ​No​ ​pewnie.  

– To jego ojca, a synek kiedyś wszystko odziedziczy. Na razie robi co może, żeby przehulać​ ​kasę​ ​tatusia.​ ​Skandale,​ ​panienki,​ ​dragi…​ ​​–​​ ​odezwała​ ​się​ ​nieoczekiwanie​ ​Betty.  

–​​ ​Coś​ ​jak​ ​Paris​ ​Hilton​ ​w​ ​brytyjskim,​ ​męskim​ ​wydaniu​ ​​–​​ ​dodała​ ​Ingrid. 

–​​ ​Brzmi​ ​jak​ ​okropny​ ​człowiek​ ​​–​​ ​zawyrokowała​ ​Justyna.  

– Czy ja wiem? ​– wzruszyła szczupłymi ramionami Betty. ​– Po prostu zepsuty przez pieniądze. Kto wie, co my byśmy wyrabiały mając taką kasę? ​– zadumała się, ale tylko na chwilę. ​– Wystarczy na razie, dziewczyny! Wracamy do pracy, święta się skończyły. A tobie ​– wycelowała palec w kierunku Georginy ​– jak znów coś przyjdzie do głowy, każ mu tam zostać i nam​ ​nie​ ​przeszkadzaj!  

Trzeba było więc zapomnieć o kogutach, kurach czy aroganckich bogaczach i zabrać się z​ ​powrotem​ ​do​ ​pracy.  

 

***


–​​ ​Zygmuś? 

–​​ ​Hmmm? 

–​​ ​A​ ​co​ ​powiesz​ ​na​ ​tą?  

–​​ ​No​ ​ładna… 

Justyna szukała właśnie idealnej sukni ślubnej. Miała w głowie określony krój i teraz przetrząsała wszystkie strony sklepów z modą ślubną, w poszukiwaniu czegoś jak najbardziej podobnego do wymarzonego ideału, a do tego nie kosztującego tyle, co samochód. W desperacji zaczęła przeglądać również eBay. Co prawda nie musiała się z tym spieszyć, nie określili jeszcze nawet dokładnej daty ani miejsca. Zygmunt zbywał temat, gdy próbowała coś ustalić.​ ​Postanowiła​ ​odłożyć​ ​na​ ​chwilę​ ​oglądanie​ ​sukien​ ​i​ ​ponowić​ ​próby. 

– Może w końcu uzgodnimy termin? Będzie łatwiej wszystko zaplanować ​– zaczęła, zdeterminowana​ ​tym​ ​razem​ ​nie​ ​dać​ ​mu​ ​się​ ​wymigać. 

–​​ ​Musimy?​ ​​–​​ ​jego​ ​widoczny​ ​brak​ ​entuzjazmu​ ​aż​ ​bolał. 

– Słuchaj, czy ty chcesz brać ten ślub czy nie? Bo jak nie, to po co ta szopka z oświadczynami, i to przy mojej rodzinie? ​– wyłożyła w końcu na wierzch wątpliwości, gnębiące ją​ ​od​ ​jakiegoś​ ​czasu.  

– ​Ma pètite… Oczywiście, że chcę, czemu miałbym nie chcieć? ​– podniósł na nią nieco zniecierpliwiony wzrok. ​– Tylko dopiero co się zaręczyliśmy, jeszcze nawet nie masz pierścionka… ​

Faktycznie, pierścionka jeszcze nie dostała. W obecnym, niezatrudnionym stanie, finanse Zygmusia nie wyglądały najlepiej, a i Anna nic mu nie wysyłała. Justyna brała to za​ ​dobrą​ ​monetę,​ ​może​ ​postanowił​ ​wreszcie​ ​uniezależnić​ ​się​ ​od​ ​matki?  

–​ Nie mówię, że musimy się pobierać jutro, ale chciałabym wiedzieć choć w przybliżeniu, za​ ​trzy​ ​miesiące,​ ​rok​ ​czy​ ​dziesięć​ ​lat? 

– Za dziesięć lat będziemy za starzy ​– próbował żartować Zygmunt, ale Justyny jakoś to nie bawiło. ​– Ustalimy datę i wszystko, kochanie, tylko trochę pobądźmy sobie narzeczonymi​ – próbował łagodzić, widząc jej poważną minę. Pocałował ją w policzek, zgarnął laptop pod pachę, a kubek z kawą do ręki, i poszedł tworzyć do sypialni, ucinając tym samym dalszą dyskusję.  

 

 

–​​ ​Betty,​ ​czy​ ​możemy​ ​chwilę​ ​porozmawiać?  

Brytyjka, zajęta typowym dla poniedziałku nawałem pracy, obejrzała się przez ramię na dźwięk cichego głosu i zobaczyła widmo. Niedbale ubrane, trochę umalowane i od biedy uczesane, ale białe jak leżące na biurku przy drukarce czyste kartki. Po chwili zastanowienia i wytężeniu dobrej woli, rozpoznała w zjawie Justynę. Bez zbędnych pytań pociągnęła ją za rękę do jednego z biur na górze, o tej porze jeszcze pustego. Posadziła dziewczynę na krześle, podała​ ​jej​ ​plastikowy​ ​kubeczek​ ​z​ ​wodą​ ​i​ ​dopiero​ ​sama​ ​zajęła​ ​miejsce​ ​naprzeciwko.  

–​​ ​Co​ ​się​ ​stało?​ ​Mów! – zażądała. 

Justyna​ ​przesunęła​ ​po​ ​blacie​ ​w​ ​jej​ ​stronę​ ​jakiś​ ​zadrukowany​ ​papier. 

–​​ ​To​ ​moje​ ​wypowiedzenie.​ ​Chciałabym​ ​odejść​ ​z​ ​pracy. 

–​​ ​Czemu,​ ​co​ ​się​ ​stało?​ ​​–​​ ​spytała​ ​zszokowana​ ​menadżerka. 

–​​ ​Uhmmm,​ ​powody​ ​osobiste,​ ​wolałabym​ ​nie​ ​mówić​ ​​–​​ ​odpowiedziała​ ​cicho​ ​Justyna. 

–​​ ​Jak​ ​chcesz,​ ​ale​ ​wyglądasz​ ​jakby…​ ​umarł​ ​ktoś? 

– Tak! ​– dziewczyna podniosła nagle lekko do tej pory opuszczoną głowę i powiedziała to jedno słowo z taką mocą i błyskiem w szarych oczach, że Betty poczuła nagle chęć cofnięcia się razem z krzesłem. Trwało to jednak tylko sekundę, Justyna znów opuściła głowę i cicho kontynuowała. ​– ​To znaczy nie, nikt nie umarł, źle się wyraziłam. Proszę, nie pytaj mnie o szczegóły.  

– Nie chcesz chyba odejść z dnia na dzień? Powinnaś przepracować przepisowe dwa tygodnie od wypowiedzenia, zwłaszcza jeśli chcesz dostać z powrotem swój depozyt i pieniądze za​ ​niewykorzystany​ ​urlop. 

Justyna zastanowiła się. Najchętniej wstałaby i wyszła stąd natychmiast, wsiadła w pociąg i pojechała gdzie oczy i lokomotywa poniosą, ale jej praktyczna natura przeważyła. Będzie potrzebować pieniędzy. Jakoś wytrzyma dwa tygodnie udawania, że wszystko ok i wracania​ ​do​ ​pustego​ ​mieszkania… 

 

Poprzednie części znajdziesz tutaj:

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3 - 1/2

Rozdział 3 - 2/2

Rozdział 4

Rozdział 5

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *