Maria Różańska NAD WEŁNEM – Rozdział 04 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / wtorek, 4 maja, 2021

 Rozdział 4

Przez pół dnia nie odzywali się do siebie. Napięcie rosło, aż wybuchnęło gdzieś koło wczesnego popołudnia. Justyna siedziała w fotelu, zapamiętale dziergając opaskę, mającą być prezentem na ​secret santa dla Maggie, którą wylosowała. Zajęta liczeniem oczek oraz rozmyślaniem nad kilku ostatnimi laty swojego życia, nawet nie spostrzegła, że szydełko zbliżało się niebezpiecznie blisko talerzyka z ciasteczkami, który położyła na podłokietniku. Niczego się nie spodziewający talerzyk został nagle ugodzony i spadł z wyżyn fotela, wprost w mordercze dla niego niziny podłogi. W pełnej napięcia ciszy, jaka panowała dziś w tym domu,        odgłos roztrzaskiwanej zastawy stołowej zabrzmiał jak wybuch z armaty. I podobnie zadziałał. Justyna​ ​poderwała​ ​się​ ​gwałtownie​ ​z​ ​fotela​, ​a​ ​Zygmunt​ ​znad​ ​laptopa. 


–​​ ​Czy​ ​ty​ ​zawsze​ ​musisz​ ​robić​ ​jakieś​ ​sceny?!​ ​​–​​ ​wrzasnął. Był​ ​najwyraźniej​ ​wściekły​ ​o​ ​ośmieszenie​ ​go​ ​w​ ​oczach​ ​smarkuli​ ​z​ ​klubu.  

 – Nie zawsze! ​– odkrzyknęła Justyna. ​– ​Tylko wtedy, gdy mój chłopak najpierw mnie ignoruje​, ​a​ ​potem​ ​znajduje​ ​sobie​ ​zastępstwo​ ​za​ ​mnie!   

–​​ ​Chodzi​ ​ci​ ​o​ ​tę​ ​laskę​ ​z​ ​wczoraj?​ ​Daj​ ​spokój,​ ​przecież​ ​ona​ ​ma​ ​dziewiętnaście​ ​lat!  

–​​ ​A​ ​to​ ​faktycznie​ ​wielka​ ​wada!​ ​​–​​ ​pokusiła​ ​się​ ​o​ ​ironię​ ​Justyna.   

–​​ ​To​ ​młodsza​ ​siostra​ ​jednego​ ​z​ ​moich​ ​kumpli.​ ​Po​ ​prostu​ ​rozmawialiśmy.  

Justyna poczuła się trochę niepewnie. Może nie miała racji? Brnęła jednak dalej, siłą rozpędu.  

–​​ ​I​ ​dla​ ​jej​ ​towarzystwa​ ​uparcie​ ​ignorowałeś​ ​moje​ ​przez​ ​cały​ ​wieczór? 

–​​ ​Skarbie,​ ​sama​ ​wiesz​ ​jak​ ​się​ ​ubrałaś.​ ​Prosiłem,​ ​żebyś​ ​się​ ​przebrała…  

–​​ ​Prosiłeś?​ ​Żądałeś!   

– …ale mnie nie posłuchałaś. Co w tym złego że chcę, żeby moja panna zakasowała wszystkie​ ​inne?​ ​Wiesz,​ ​jak​ ​cię​ ​ludzie​ ​widzą,​ ​ma​ ​wpływ​ ​i​ ​na​ ​to​ ​jak​ ​patrzą​ ​na​ ​mnie. 

Justynę​ ​aż​ ​zatkało.​ ​Jak​ ​można​ ​być​ ​takim​ ​egocentrykiem?​ ​Zygmunt​ ​kontynuował:  

–​​ ​A​ ​do​ ​tego​ ​zrobiłaś​ ​z​ ​siebie​ ​kompletną​ ​idiotkę​ ​przy​ ​Claire.​ ​Wstyd​ ​mi​ ​było​ ​za​ ​ciebie.  

–​​ ​Więc​ ​ta​ ​smarkata​ ​ma​ ​na​ ​imię​ ​Claire?​ ​Trzeba​ ​było​ ​nie​ ​macać​ ​jej​ ​po​ ​rękach.  

– Od kiedy ty jesteś aż tak zazdrosna? ​– Zygmunt spojrzał na nią nieco uważniej i jakby podejrzliwie. Justyna natychmiast zastanowiła się, czy mógł ją widzieć z okna taksówki, z tym facetem​ ​z​ ​wczoraj​ ​-​ ​nawet​ ​nie​ ​wie​ ​jak​ ​się​ ​nazywał. 

– Ty za to nie wyglądałeś ani na zazdrosnego, ani na zaniepokojonego, gdy słodko sobie spałeś,​ ​nie​ ​wiedząc​ ​gdzie​ ​jestem!   

–​​ ​Wiedziałem – padła spokojna odpowiedź.

Czemu​ ​przez​ ​sekundę​ ​poczuła​ ​się​ ​winna?  

–  Wiedziałem, że w końcu ochłoniesz, zachowasz się jak rozsądna osoba i wrócisz do domu​ ​taksówką.  

A​ ​więc​ ​dla​ ​niego​ ​to​ ​takie​ ​proste? 

– Jesteś bezduszny! Nie masz serca! Nie kochasz mnie!!! ​– wyrzuciwszy z siebie ten ciąg​ ​przyczynowo-skutkowy,​ ​opadła​ ​na​ ​fotel​ ​i​ ​rozszlochała​ ​się​ ​na​ ​dobre. Zygmunt poczuł się nieco nieswojo. Justyna nigdy nie zachowywała się jak histeryczka. Co​ ​jej​ ​się​ ​stało?​ ​Powoli​ ​podszedł​ ​do​ ​fotela​ ​na​ ​którym​ ​siedziała. 

– Skarbie… ​mon trèsor… ​ma petitte… ​– każdemu słowu towarzyszył pocałunek w mokrą twarz dziewczyny. ​– Przecież wiesz, że to nieprawda. Kocham cię, jesteś światłem mojego życia, sensem mojego istnienia. Bez ciebie byłbym nikim, nadajesz mi sens i powód do              otwierania oczu każdego dnia, tylko po to, bym mógł nimi zobaczyć ciebie przy sobie. Przebaczysz mi? ​– spojrzał na nią rozrzewnionym wzrokiem, spod rozrzuconych w nieładzie kasztanowych​ ​włosów.  

Nie wiedziała co odpowiedzieć. Serce mówiło co innego, rozsądek co innego, a żołądek nieśmiało wspominał o leżących na podłodze ciasteczkach, ale kto by go w takiej chwili słuchał?​ ​Zygmunt​ ​jej​ ​milczenie​ ​zrozumiał​ ​nie​ ​jako​ ​wahanie,​ ​ale​ ​jako​ ​wzruszenie.  

– No już, już… wstawaj ​– pociągnął ją za ręce tak, że stanęli naprzeciw siebie. ​– Już wszystko​ ​dobrze?​ ​Nie​ ​będziesz​ ​więcej​ ​małą​ ​zazdrośnicą? 

“A ty nie będziesz więcej małym obrażalskim?” ​– taką miała ochotę to powiedzieć, ale ugryzła​ ​się​ ​w​ ​język.  

– O ile nie dasz mi więcej powodów  ​– powiedziała, wciąż naburmuszona. Serce wygrało, właśnie​ ​kładło​ ​rozum​ ​na​ ​łopatki​ ​i​ ​skakało​ ​mu​ ​po​ ​głowie.  

 

 Po niespodziewanie miłym weekendzie, nastał poniedziałek. Maggie przyniosła Justynie jej telefon, tłumacząc, że bez znajomości kodu odblokowującego nie mogła wejść w kontakty i zadzwonić do Zygmunta, żeby mu go przekazać. Nie bardzo też mogła znaleźć Justynę na social media, nie znając jej nazwiska. Dopytywała się od razu o powód gwałtownego wyjścia koleżanki z klubu. O to samo pytała też reszta dziewczyn. Wiedziały, że ma to jakiś związek z Ziggym, gdyż spostrzegły i jego, wychodzącego w pośpiechu. Maggie nie zdążyła mu nawet podać telefonu, minął ją jak błyskawica. Ponieważ jednak Justyna uważała sprawę za          zamkniętą, nie wyciągnęły z niej żadnych zwierzeń. Nie pozostawało więc nic innego, jak zająć się pracą. Zwłaszcza, że sroga Betty, postrach działu obsługi klienta firmy ​Your Pick Boutique, wciąż była na miejscu. 

Dopiero po południu, gdy wyszła na lunch, dziewczyny mogły swobodnie omówić​ ​piątkowe​ ​party.  

– Zauważyłyście, że Maggie wczoraj nic nie piła? ​– spytała nagle Georgie. Dział finansowy​ ​mieścił​ ​się​ ​w​ ​innym​ ​biurze,​ ​dlatego​ ​Margaret​ ​nie​ ​mogła​ ​słyszeć​ ​ich​ ​rozmowy.  

–​​ ​Fakt.​ ​I​ ​nie​ ​tańczyła​ ​​–​​ ​dodała​ ​Ingrid,​ ​rudowłosa​ ​Szwedka​ ​o​ ​bujnych​ ​kształtach.  

–​​ ​W​ ​ogóle​ ​ostatnio​ ​kiepsko​ ​wygląda,​ ​jakby​ ​chorowała​ ​​–​​ ​przyznała​ ​Justyna.  

– W czwartek chorowała ​– potwierdziła Georgina. ​– Byłam akurat na górze zanieść Maxowi zestawienia sprzedaży z zeszłego kwartału i przechodziłam koło ich toalety. Dziwne, że w​ ​całym​ ​budynku​ ​nie​ ​było​ ​słychać ​jak​ ​rzyga.  

–​​ ​Myślicie​ ​o​ ​tym​ ​co​ ​ja..?​ ​​–​​ ​rzuciła​ ​Ingrid​ ​podejrzliwie. 

– Zaraz zdobędziemy dowód koronny ​– zadecydowała Georgie, biorąc do ręki słuchawkę​ ​telefonu.​ ​Wybrała​ ​numer​ ​wewnętrzny​ ​i​ ​czekała​ ​na​ ​połączenie. 

– Cześć, Justyna właśnie wróciła z przerwy i przyniosła ciasto czekoladowe do podziału. Wpadniesz​ ​do​ ​nas​ ​na​ ​kawałek?​ ​Co?​ ​Ok,​ ​spoko.  

Z triumfem odłożyła słuchawkę. Justyna zrobiła wielkie oczy. Jakie znów ciasto, jeszcze nawet​ ​nie​ ​była​ ​dziś​ ​na​ ​lunchu.  

– Nie rozumiesz? ​– spytała rozbawiona Georgie. ​– Kto w tym biurze pochłania tyle czekolady, że ma ją już pewnie w żyłach zamiast krwi? Obserwowałam ją wczoraj w restauracji, na deser zamówiła ser i krakersy. Ser i krakersy, na litość! A teraz z własnej woli odmawia darmowej​ ​porcji​ ​czekoladowego​ ​ciasta.​ ​To​ ​co​ ​to​ ​oznacza?  

–​​ ​Że​ ​choruje​ ​na​ ​żołądek…?​ ​​–​​ ​próbowała​ ​zgadnąć​ ​Justyna.​ ​​–​​ ​I​ ​o​ ​to​ ​robisz​ ​tyle​ ​szumu..? 

– Ciąża, mówi ci to coś? Zmiana smaku, poranne nudności i tym podobne atrakcje. Nasza​ ​Maggie​ ​będzie​ ​mieć​ ​dzidziusia,​ ​założę​ ​się,​ ​o​ ​co​ ​chcecie!  

 

Zakładać nie chciał się nikt, ale postanowiły wycisnąć prawdę z Margaret zaraz po pracy. Potwierdziła, dopiero drugi miesiąc, więc prosiła wszystkie trzy o nierozpowiadanie nowiny.  Jadąc autobusem do domu, Justyna szukała w internecie wzorów na dziecięce buciki, czapeczki i inne drobiazgi, które będzie mogła zrobić dla koleżanki, gdy nadejdzie czas. Nagle ogarnęły ją dziwne myśli. W sumie, czemu by nie? Miała już 26 lat. Musi niezwłocznie porozmawiać o tym z Zygmuntem, dowiedzieć się, co on tak naprawdę sądzi. Wydawało jej się, że​ ​autobus​ ​wlecze​ ​się​ ​w​ ​smole,​ ​a​ ​każda​ ​minuta​ ​jazdy​ ​trwa​ ​wieki. 

 

 –​​ ​Zygmuś,​ ​skarbie…  

–​​ ​Hmmm…?   

–​​ ​Kochanie,​ ​wiesz,​ ​moja​ ​jedna​ ​koleżanka… 

–​​ ​Czekaj​ ​słonko,​ ​czekaj,​ ​tylko​ ​skończę​ ​nakładać​ ​gradienty. 

Siedzieli w salonie. Zygmunt przy laptopie, robiąc w programie graficznym coś, co miało mu przynieść pieniądze i sławę, ale na razie jakoś nie przynosiło. Justyna siedziała na swoim ulubionym miejscu i pracowała nad narzutą. Czasu do świąt zostało mało. Teraz czekała cierpliwie, aż Zygmunt skończy. Mężczyźni podobno nie mają czegoś takiego jak “podzielna uwaga”​ ​i​ ​to​ ​chyba​ ​prawda.   

–​​ ​Tak,​ ​co​ ​się​ ​stało?​ ​​–​​ ​w​ ​końcu​ ​się​ ​do​ ​niej​ ​odwrócił.  

– Nic takiego ​– rzuciła z pozoru swobodnie, nawet nie podnosząc oczu znad robótki. Kobiety​ ​jak​ ​najbardziej​ ​mają​ ​podzielną​ ​uwagę.​ ​​

–​​ ​Tylko​ ​jedna​ ​z​ ​moich​ ​koleżanek​ ​jest​ ​w​ ​ciąży.  

– Tak? Która? ​– spytał Zygmunt, tracąc zainteresowanie i zerkając niecierpliwie w kierunku​ ​komputera.   

– M… Myślę, że jej nie znasz ​– w ostatnim momencie przypomniała sobie, że miała zachować​ ​tajemnicę.​ ​Trochę​ ​teraz​ ​tę​ ​obietnicę​ ​łamała,​ ​ale​ ​przyświecał​ ​jej​ ​wyższy​ ​cel.   

– Aha… ​– przytaknął Zygmunt, myślami będąc przy kolorystyce i cieniowaniu. ​– I co z tego?​ ​Nie​ ​ona​ ​pierwsza​ ​i​ ​nie​ ​ostatnia…  

–​​ ​No​ ​właśnie…​ ​​–​ ​​próbowała​ ​podchwycić​ ​Justyna.  

–​​ ​…marnuje​ ​sobie​ ​życie​ ​​–​​ ​dokończył​ ​gładko​ ​Zygmunt.  

–​​ ​Co?​ ​​–​​ ​Justynę​ ​aż​ ​zatkało.  

– No co? Co komu za pożytek z takiego dziecka? Drze się, ciągle coś chce, spać nie daje,​ ​pracować​ ​nie​ ​daje,​ ​rozwijać​ ​się​ ​nie​ ​daje…   

–​ ​​To​ ​ty​ ​nie​ ​chcesz​ ​w​ ​ogóle​ ​mieć​ ​dzieci?​ ​​–​​ ​przerwała​ ​tę​ ​litanię​ ​dziewczyna.  

– Oj, kiedyś tam mogę mieć. Trzeba przedłużyć ród i tak dalej. Ale jeszcze za młody jestem​ ​i​ ​nie​ ​osiągnąłem​ ​swoich​ ​życiowych​ ​celów.   

–​​ ​A​ ​co​ ​ze​ ​mną?  

– Co z tobą? ​– zaczynał rozumieć do czego ona zmierza. ​– Skarbie​ – zaczął tłumaczyć – ty wiesz jaką mordęgą jest ciąża? Przytyłabyś, miałabyś rozstępy, nudności i inne niewygody. A potem smród brudnych pieluch i wrzask przez całą dobę. Naprawdę tego chcesz? Chyba że…– nagle w jego głowie zrodziło się straszne podejrzenie. Faktycznie, Justyna zachowywała się ostatnio dziwnie. Czyżby..? ​– Chyba że ​– powtórzył ​– ty już..? ​– pytanie zawisło niedokończone w​ ​powietrzu.​ ​Strach​ ​w​ ​jego​ ​oczach​ ​napawał​ ​ją​ ​wręcz​ ​odrazą.   

– A jeśli, to co? ​– spytała zaczepnie. Patrzył na nią bez słowa, tylko strach w oczach zmienił​ ​się​ ​w​ ​zwierzęcą​ ​panikę.​ ​W​ ​końcu​ ​się​ ​nad​ ​nim​ ​zlitowała. 

– Nie, nie jestem w ciąży ​– rzuciła cicho. 

Ulga na jego twarzy była aż zbyt widoczna. Roześmiał​ ​się​ ​głośno,​ ​gdy​ ​napięcie​ ​z​ ​niego​ ​opadło.   – Nie strasz mnie tak więcej! Uff już myślałem… no nieważne. Skarbie, co dziś wyczarujesz​ ​na​ ​kolację?​ ​Zgłodniałem​ ​od​ ​tych​ ​stresów​ ​​–​​ ​próbował​ ​żartować.  

Justyna odpowiedziała coś na odczepnego i ruszyła jak automat do kuchni. Miała bardzo dużo​ ​do​ ​przemyślenia.

 

Poprzednie części znajdziesz tu:

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3 -1/2

Rozdział 3 -2/2

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *