Maria Różańska NAD WEŁNEM – Rozdział 03 – 2/2 – historia miłości z wełną w tle :)


DZIERGANIE, NAD WEŁNEM, SZYDEŁKO, WEŁNOHOLICY, ZWOOLNIJ / wtorek, 20 kwietnia, 2021

Dziś o nieprzemyślanych skutkach zazdrości i o trosce w męskim wydaniu, na przykładzie dwóch różnych osobników 😉 Miłego czytania 🙂

 

Rozdział 3 – 2/2

– Masz na taksówkę – czy będziesz jechał do domu, czy do hotelu ​– wrzaskowi towarzyszyłby brzęk monet i szelest banknotów rzuconych na blat stolika, gdyby muzyka i gwar  nie były tak głośne. Odwróciła się i natychmiast jak burza ruszyła ku wyjściu, rozpychając się między tańczącymi. Wiedziała, że miał portfel przy sobie, chciała go jednak upokorzyć w oczach smarkatej ​gold digger.

Nawet nie płakała, zbyt była wściekła. Doszła już prawie do wyjścia z budynku,​ ​gdy​ ​poczuła,​ ​że​ ​ktoś​ ​ją​ ​łapie​ ​za​ ​rękę.  

– Puszczaj! ​– krzyknęła po polsku, spodziewając się Zygmunta, ale gdy się obejrzała, zobaczyła widziany już wcześniej bezczelny uśmiech i ten idiotyczny blond zaczes, pod którym znajdowała się para ciemnych oczu, z lekko rozszerzonymi źrenicami. Właściciel oczu, zaczesu i dość szczupłego ciała, ubranego w markowe na pierwszy rzut oka ciuchy, pociągnął ją lekko za​ ​rękę​ ​ku​ ​sobie.   

– Czekaj, nie uciekaj jeszcze, wieczór dopiero się zaczyna… ​– cichym słowom towarzyszył​ ​uśmiech​ ​notorycznego​ ​uwodziciela​ ​i​ ​pewnego​ ​siebie​ ​zdobywcy.  

– Zostaw mnie! ​– krzyknęła najgłośniej jak potrafiła, żeby zaalarmować ochronę. Puścił jej​ ​dłoń,​ ​uśmiechając​ ​się​ ​jeszcze​ ​szerzej.   

– Do zobaczenia niebawem, księżniczko ​– po tych słowach odwrócił się i odszedł z powrotem do sali. Justyna stała jeszcze chwilę, próbując ogarnąć to, co tu się właśnie wydarzyło. W końcu ją odblokowało i wybiegła na ulicę. W zdenerwowaniu nie zauważyła, że ktoś​ ​ruszył​ ​za​ ​nią,​ ​zachowując​ ​równy​ ​dystans.    

 

Było już późno, nie powinna sama szwendać się po nocy, ale potrzebowała ochłonąć. Poza tym, na ulicy było mnóstwo zarówno ludzi, jak i oświetlenia, postanowiła więc przejść piechotą do przystanku i wrócić autobusem. Planowała wracać do domu jak najdłużej, żeby dotrzeć tam po Zygmuncie – niech się trochę pomartwi. Sama wiedziała, że to dziecinada, ale w chwili​ ​obecnej​ ​nie​ ​chciała​ ​myśleć​ ​racjonalnie.  

Hi – usłyszała tuż obok siebie i prawie podskoczyła, wyrwana nagle z ponurych myśli.​– Sorry, I didn’t mean to scare you ​– tłumaczył się jakiś męski głos z silnym, słowiańskim akcentem. Spojrzała w bok, nie zwalniając kroku. A potem musiała spojrzeć w górę. Koło niej szedł wysoki blondyn, większy od niej tak ze dwa razy. Czy jakby co, będzie miała szansę ucieczki? Ulica w tym miejscu była dość  wąska,​ ​ale​ ​kręciło​ ​się​ ​jeszcze​ ​trochę​ ​ludzi.  

–​​ ​​What do you want?​ ​​–​​ ​spytała ostro,​ ​nagle się zatrzymując.   

–​​ ​Eee,​ ​jak​ ​to​ ​teraz​ ​wytłumaczyć…​ ​​–​​ ​powiedział​ ​do​ ​siebie.​ ​​–​​ ​​I’ve heard your scream…

​–​​ ​Najlepiej​ ​po​ ​polsku​ ​​–​​ ​przerwała​ ​mu,​ ​bezwiednie​ ​się​ ​przy​ ​tym​ ​uśmiechając.  

– Polka? Uff, to nawet lepiej​ – wyznał z uśmiechem i Justyna dopiero teraz przyjrzała mu się nieco dokładniej. Na pierwszy rzut oka skojarzył jej się jakoś z Kristoffem z “​Krainy lodu”. Pewnie przez budowę ciała i szopę jasnych włosów. Nos miał jednak normalny, nie tak kartoflowaty jak u faceta z kreskówki. Mógł mieć około trzydziestu lat, ubrany był w puchową kurtkę koloru wojskowej zieleni (o ile mogła dostrzec w tym świetle) i dżinsy. Twarz, uśmiechnięta teraz nieśmiało, wzbudzała zaufanie. Nie wyglądał na pijanego, ani na naćpanego, o ile potrafiła określić. Te wszystkie myśli przemknęły jej przez głowę w przeciągu sekundy, a po następnej ruszyła z miejsca i kontynuowała podróż do przystanku. Mężczyzna​ ​szedł​ ​obok​ ​niej. 

–  Usłyszałem krzyk z klubu “​Conchita” i zobaczyłem jak pani wybiega. Obserwowałem przez chwilę, chcąc się upewnić, że ten, który się pani naprzykrzał, nie pójdzie za panią. Zobaczyłem, że idzie pani sama w tej okolicy i na wszelki wypadek poszedłem w pewnej odległości,​ ​ale​ ​to​ ​głupie,​ ​zupełnie​ ​jakbym​ ​panią​ ​śledził.​ ​Dlatego​ ​podszedłem – opowiedział.  

Zaskoczył ją zarówno tym, co mówił, jak i oficjalną formą, która jakoś nie pasowała do tego miejsca, pełnego klubów, pubów, ludzi pijących i palących (bynajmniej nie tylko papierosy) na ulicy. Głupia była, decydując się na samotny spacer i teraz nie wiedziała, co gorsze: iść sama czy z tym… Nie, nie wyglądał na zboczeńca, ale podobno najgorsi przestępcy wcale nie mieli zakazanych mord, a wręcz przeciwnie – wyglądali na godnych zaufania obywateli. Nagle pożałowała,​ ​że​ ​nie​ ​ma​ ​w​ ​torebce​ ​kuchennego​ ​noża.  

– Dziękuję za troskę ​– starannie dobierała słowa, żeby go przypadkiem nie urazić. A nuż widelec to jakiś niebezpieczny wariat? Na psychopatę też nie wyglądał, ale oni podobno potrafią​ ​świetnie​ ​się​ ​maskować.​ 

​​–​​ ​Dalej​ ​już​ ​chyba​ ​pójdę​ ​sama,​ ​przystanek​ ​blisko.  

–​​ ​Chce​ ​pani​ ​o​ ​tej​ ​porze​ ​jechać​ ​sama​ ​autobusem?​ ​Czemu​ ​nie​ ​taksówką?  

No właśnie, czemu nie zadzwoniła z klubu po taksówkę? Siedziałaby teraz w domu, z herbatą, szydełkiem i stosem zasmarkanych chusteczek pod nogami. Z zapuchniętymi oczami i gilami​ ​po​ ​pas,​ ​ale​ ​przynajmniej​ ​bezpieczna.  

– Ma pan rację ​– również przyjęła oficjalną formę ​– taksówką będzie jednak lepiej. Zaraz zadzwonię… ​– zatrzymała się dość nagle i zaczęła grzebać w torebce, w poszukiwaniu telefonu. Co​ ​tam​ ​nóż​ ​kuchenny,​ ​nie​ ​miała​ ​przy​ ​sobie​ ​nawet​ ​swojego​ ​Samsunga​ ​Galaxy.  

–​​ ​Nie​ ​ma…​ ​​–​​ ​jęknęła​ ​głośno. 

–​​ ​Może​ ​w​ ​jakiejś​ ​kieszonce?​ ​​–​​ ​podsunął​ ​nieznajomy.  

–​​ ​Nie…​ ​zostawiłam​ ​go​ ​na​ ​stoliku.​ ​Teraz​ ​po​ ​niego​ ​nie​ ​wrócę. 

Faktycznie, wstała i zgarnęła torebkę ruszając na poszukiwanie Zygmunta, ale telefon został na blacie. O ile nikt go nie ukradnie, dziewczyny przyniosą go w poniedziałek do biura. A teraz​ ​co?​ ​Tylko​ ​autobus.​ ​Kartę​ ​oyster​ ​miała​ ​przy​ ​sobie​ ​w​ ​portfelu.  

–​​ ​To​ ​proszę​ ​zadzwonić​ ​ode​ ​mnie​ ​​–​​ ​blondyn​ ​wyciągnął​ ​w​ ​jej​ ​stronę​ ​swój​ ​telefon.  

– O, Samsung! ​– ucieszyła się głupio. ​– Nie cierpię iPhonów ​– dodała, jakby to cokolwiek wyjaśniało. Zdecydowanie nie była dziś sobą. Facet pokiwał głową, jakby wszystko rozumiał.   

– Nie mam żadnych numerów na taksówki zapisanych w kontaktach, ale proszę sobie wygooglać​ ​najbliższe​ ​taxi​ ​office​ ​​–​​ ​sam​ ​włączył​ ​jej​ ​przeglądarkę.   

Podziękowała i po zatelefonowaniu przeszli kawałek w kierunku zamkniętej już o tej porze stacji metra, pod którą Justyna miała zaczekać na samochód. Milczeli oboje, dziewczyna rozpaczliwie szukała jakiegoś tematu, ale nie przychodziło jej nic do głowy. Pierwszy odezwał się             mężczyzna.  

– Ma pani pieniądze na taksówkę, czy portfel też tam został? Głupio z mojej strony, że nie​ ​spytałem​ ​wcześniej,​ ​przepraszam. 

–​​ ​Mam,​ ​dziękuję.​ ​Jeśli​ ​gdzieś​ ​się​ ​pan​ ​spieszy…  

–​​ ​Zaczekam​ ​z​ ​panią,​ ​o​ ​ile​ ​nie​ ​ma​ ​pani​ ​nic​ ​przeciwko – zaproponował.  

W sumie nie miała. Ludzi kręciło się tu trochę, gdyby ten facet próbował ją zaatakować, ktoś by na pewno zauważył. A wolała mieć towarzystwo, niż stać tu całkiem sama, jak zwierzyna​ ​wystawiona​ ​na​ ​żer.​ ​Skąd​ ​jej​ ​się​ ​wzięło​ ​takie​ ​porównanie? 

– Skąd pan wiedział, że naprzykrzał mi się mężczyzna? Mogłam pokłócić się z koleżanką​ ​​–​​ ​naprawdę​ ​nie​ ​mogła​ ​wymyślić​ ​nic​ ​innego,​ ​a​ ​bardzo​ ​chciała​ ​przerwać​ ​ciszę.   

– Nie jestem Sherlockiem Holmesem ​– odpowiedział​ – ale słychać to było w pani krzyku i widać, gdy pani stamtąd wybiegła. Mam nadzieję, że nic pani nie zrobił? ​– spytał śmiertelnie poważnie. 

– Nie, tylko złapał za rękę i zachowywał się arogancko. O, jest taksówka!​ – ucieszyła się. – Dziękuję za pomoc ​– uśmiechnęła się ciepło i po raz pierwszy popatrzyła na towarzyszącego jej mężczyznę uważniej. Przy świetle stojącej w pobliżu latarni dostrzegła niesamowity błękit jego tęczówek, które patrzyły teraz jasno i otwarcie w jej oczy. Na dość przystojnej twarzy błąkał się​ ​lekki,​ ​jakby​ ​nieśmiały​ ​uśmiech.   

–​​ ​Cieszę​ ​się,​ ​że​ ​mogłem​ ​pomóc.​ ​Do​ ​widzenia – pożegnał się skinieniem głowy. Patrzył, jak dziewczyna wsiada do taksówki i ruszył z miejsca dopiero, gdy auto zniknęło mu​ ​z​ ​oczu.  

 

Zygmunt spał. Tak najzwyczajniej w świecie, leżał w łóżku i miarowo oddychał, niczym niewinne dziecię. Tylko od dziecka nie jechałoby tak winem. Przynajmniej od dziecka z wczesnej podstawówki, bo gimnazjum to już nie wiadomo. W każdym razie, żadnego czekania na nią, denerwowania się, poszukiwań. Piżama, kołdra i lulu. Widocznie wyszedł niedługo po niej, tylko zamówił taksówkę pod sam klub, dlatego się minęli. Może to i lepiej. Czuła, że dowiedziała się dziś czegoś bardzo ważnego o ich związku i że musi podjąć pewne decyzje. Tylko nie teraz, była zbyt zmęczona nawet żeby myśleć. Tłumiąc chęć obudzenia Zygmusia kopniakiem w żebra, zabrała z sypialni koc i umościła sobie wygodne legowisko na kanapie w salonie. Zasnęła​ ​na​ ​sekundę​ ​przed​ ​zderzeniem​ ​głowy​ ​z​ ​poduszką. 

 

POPRZEDNIE ODCINKI ZNAJDZIESZ TU:

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3 – 1/2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *